niedziela, 14 grudnia 2014

Relacje między bohaterami były... skomplikowane

Jedyna okładka "Opium...", z Maćkiem Ogorzałką na pierwszej stronie.
Niezbyt udana, moim zdaniem.
Znaleziona tu: http://2.bp.blogspot.com/
-jpCYrSSW7Vs/T-R3OTdiofI/AAAAAAAABCc/
KLj228SmMc4/s1600/100_5753.jpg
Od czasu do czasu spoglądam  w statystki bloga. Ciekawi mnie, jakież to pytania doprowadziły poszukujących prawdy w moje skromne wirtualne progi. Dziś, przymierzając się do wpisu na temat młodych bohaterów Jeżycjady, znalazłam świetne pytanie (pisownia oryginalna): "co napisać w liście maćka do kreski". Temat brzmiał , jak sądzę: "Napisz list Maćka Ogorzałki do Kreski".

Z mojego nauczycielskiego punktu widzenia - bardzo ciekawy temat. Ćwiczymy formę (list), musimy wejść w rolę konkretnego bohatera i odpowiednio stylizować język oraz wykazać się wiedzą o jego uczuciach, a także dostosować język wypowiedzi do adresata. Temat zostawia także pewien margines na działania twórcze - nie jest napisane, w którym momencie znajomości Maciek pisze ten list do Kreski.

Ja zrobiłabym to tak (w treści wykorzystałam cytaty z powieści):

Kresko!

Widziałem, widziałem wszystko! I - jako Twój...

[Tutaj Maciek nie wie, co napisać, więc skreśla te kilka słów, zgniata kartkę, bierze następną i pisze.]

Kresko!

Dziś w parku byłem świadkiem sceny, która mnie obraziła. Mało tego! Obrażała każdego, kto był jej świadkiem! Doprawdy, wiedz, że zachowujesz się niestosownie, niegodnie i niewłaściwie, cholera jasna psiakrew!

[Tutaj Maciek uznaje, że go poniosło i powtarza operację kreślenia i zgniatania kartki. Bierze następną i pisze.]

Droga Kresko!

Dziś byłem świadkiem dziwnej sceny z udziałem Twoim i jakiegoś prostaczego młodzianka, który gonił cię po parku. Kiedy Was razem zobaczyłem, pomyślałem...

[Tu Maciek poddaje swoje uczucia dogłębnej analizie. Myśli długo, rysuje jakieś zawijasy na kartce... W końcu zgniata ją i idzie po następną...]

Janeczko!

Idiota ze mnie. Wybacz mi. Porozmawiamy?

 
Moja ulubiona okładka.
Maciek jest na drugiej stronie,
wplątany w szalik Kreski.
W sieci tej drugiej strony brak.
Jak już namierzę to wydanie powieści -
zrobię zdjęcie!
Okładka znaleziona tu:
http://blast-and-blow.blogspot.com/2014/12/recenzje-zebrane.html
Sama sobie za tę pracę postawiałabym maksymalną ilość punktów, ale wydaje mi się, że nauczycielce zadającej list Maćka do Kreski jednak chodziło o coś innego :). Zatem - ktokolwiek będzie próbował wykorzystać moje wypowiedzi, niech nie liczy na pozytywną ocenę. A jeśli bezczelnie ściągnie, niechaj smaży się w kotle ze wszystkimi, którzy cytują bez zaznaczania cytatów i podawania źródła...

Przejdźmy jednak do właściwego tematu dzisiejszego wpisu. Prosty i przejrzysty wniosek, będący jego tytułem, został sformułowany na lekcji z tegoroczną klasą I gimnazjum. Mało ci on odkrywczy, ale za to - trafiający w punkt!

Tak to już jest w świecie ludzi, że wszystkie (prawie) związki między nami są skomplikowane. Jak w życiu, tak w literaturze. Zostawiając na boku wątek Genowefy Lompke/Bompke/Trompke oraz realia życia w PRL, skupmy się na pierwszych uczuciach młodych bohaterów:
1. uczciwej, szczerej i dobrodusznej Kreski,
2. przystojnego, z pozoru inteligentnego, tęskniącego za romantyczną dziewczyną Maćka,
3. cynicznej Matyldy,
4. uczciwego, szczerego i dobrodusznego Lelujki.

Od razu widzimy, że postaci 1 i 4 dziwnie do siebie pasują. W powieści zaprzyjaźniają się, choć ze strony Jacka Lelujki jest to coś więcej niż przyjaźń. Nieszczęśliwie zakochany młodzian od początku jednak nie ma u Kreski szans. Dziewczyna jest beznadziejnie zakochana w beznadziejnym Maćku. Tak, tak, pozwalam sobie oceniać tego bohatera, bo, popatrzcie sami:

zaprasza Kreskę do opery, choć od początku wie, że chce tam "przypadkiem" wpaść na cytrynową dziewczynę --> w operze nie zwraca uwagi na Kreskę, namierza "cytrynową" --> kiedy pojawia się tajemnicza Matylda, bez skrupułów zostawia Kreskę w towarzystwie li i jedynie Genowefy --> zapomina o Kresce, randkuje z Matyldą --> w ogóle nie dociera do niego, że bardzo nieelegancko potraktował Jankę w operze --> incydent w tramwaju: Maciek dowiaduje się, że Matylda, mówiąc potocznie, pogrywa z nim --> Maciek dochodzi do wniosku, że, wow, w sumie Kreska to fajna dziewczyna, zaproponuje jej chodzenie --> Maciek się dziwi, że Kreska odmawia --> Maciek wraca do Matyldy --> Maciek chce urządzić Kreskę scenę po incydencie w parku --> w końcu do młodego dociera, że był skończonym idiotą --> .... itd. szczęśliwe zakończenie, studia, praca, dom, trójka dzieci...

Czytając tę książkę po raz kolejny, doszłam do wniosku, ze najbardziej irytującą postacią nie jest panna Pompke, a Maciej "Tombak" Ogorzałka. Nawet odczarowanie sceny w operze mnie nie przekonuje. No, ale ja już nie jestem w wieku licealnym, może stąd moje wątpliwości...

O relacjach między bohaterami jeszcze napiszę, a raczej - pokażę je. Kiedy? Jeszcze przed świętami :).



poniedziałek, 8 grudnia 2014

Drugie danie

U Lewandowskich i Borejków zawsze było drugie danie... Z tego, co pamiętam :). W kawalerskim mieszkaniu braci Ogorzałków różnie to bywało, a u Kreski, wiadomo, nie przelewało się... 


Dziś jednak nie chcę pisać o tym, co bohaterowie Musierowicz jedli na drugie danie, ale o domach spoza ulicy Roosevelta, domach przy Norwida, czy raczej - mieszkaniach przy tej ulicy. Potrawkę z cielęciny ze szczypiorkiem w eleganckim domu Matyldy pominę, ponieważ jedzenie (przygotowane przez gosposię) jest tam jakby jednym z elementów wyposażenia wnętrza. Narrator, dzięki odpowiednio opisanym detalom wystroju wnętrza oraz dzięki dwóm zdaniom, w których pojawia się jedzenie w domu Stągiewków, pokazuje czytelnikowi, że Matylda pochodzi z zamożnej rodziny, ceniącej wygląd przedmiotów, a, jak się wkrótce okaże, także ludzi. Rodzina dziewczyny może pozwolić sobie na potrawkę z cielęciny, podczas gdy pozostali bohaterowie z apetytem wlewają w siebie wiadra rosołu.


Wsuwa również Genowefa, a raczej Aurelia, która wymyśla sobie drugą siebie. Ucieka z domu. Na samą myśl o powrocie do niego zaczyna obgryzać paznokcie o odczuwać ból brzucha. Zobaczmy, czy słusznie....

[Tu powinien być jakiś dżingiel, zamiast tego dam obrazek własnej produkcji.]

Obrazek stworzony przeze mnie, uprzejmie proszę nie kopiować. Podobne dzieło można stworzyć samodzielnie, wystarczy nieskomplikowany program graficzny :).



#W pokoju mamy - Ewy Jedwabińskiej


"One dwie [tj. Ewa Jedwabińska i pani Borejko] rozmawiały o tym okropnym czarno-białym obrazie, który wisiał nad tapczanem (w kącie obrazu była plama w kształcie nietoperza i Aurelia zawsze zamykała oczy, kiedy przechodziła przez pokój, żeby tej okropności nie widzieć, żeby się jej nie przyśniła)...".

#Kuchnia wg Ewy Jedwabińskiej


"Kuchnia nie zawierała żadnych innych kolorów poza bielą. Kiedy się zapalało jarzeniówki, ta biel po prostu wybuchała w ich blasku. Ewa - poruszając się z przyjemnością po tym lśniącym, laboratoryjnym wnętrzu (...)".

W biało-czarnym świecie Ewy Jedwabińskiej nie było miejsca na jakikolwiek bałagan, ale...

Świat Jedwabińskiej - czarno-biały, a jednak bardzo rozedrgany...


#Aurelia i niezjedzona kolacja

(...) dopiero kiedy weszły do domu i zapaliły to okropne światło w kuchni, mamusia spytała surowo, czy naprawdę tak źle jest u pani Lisieckiej? Czy Aurelia naprawdę musi wciąż grymasić i dokuczać wszystkim wokół? Czy nie widzi, jak wszyscy się dla niej poświęcają - tatuś, mamusia, pani Lisiecka? I jak rodzice pracują, żeby Aurelia miała wszystko, wszystko, czego jej trzeba?
- Jesteś złym dzieckiem! - krzyknęła mamusia na zakończenie, bo Aurelia na te wszystkie pytania nie odpowiedziała ani słowem: z przejęcia i strachu zupełnie odebrało jej głos. 
- Ja w twoim wieku nigdy nawet nie widziałam szynki! Siadaj w tej chwili i zjedz kolację! - przygotowała jajecznicę i mleko, postawiła to wszystko na białym stole w kuchni, w rażącym oczy, białym świetle jarzeniówek. I wyszła. Wróciła za dziesięć minut i trafiła właśnie na moment, kiedy ona, dławiąc się z obrzydzenia, wypluwała przeżutą jajecznicę w dłoń i chowała do kieszeni.
Mamusia strasznie się zdenerwowała. Chwyciła Aurelię za ramię i potrząsała jak lalką. Aurelia nigdy nie widziała tak zezłoszczonej mamusi. To było straszne. Mamusia zajrzała do tej kieszeni i zobaczyła tam wstrętną papkę z szynki, jajecznicy i chleba razowego.
Naprawdę, lepiej już by było, żeby mamusia ją zbiła. Ale ona nie biła, tylko się denerwowała i człowiek nigdy nie wiedział, kiedy to się skończy".

Wcześniej natomiast dziewczynka "jadła" kolację u sąsiadki, wspomnianej już pani Lisieckiej, która - teoretycznie - zajmowała się Aurelią, kiedy jej rodzice pracowali. Dodajmy, że pani Lisiecka znana jest już czytelnikom Jeżycjady z Idy sierpniowej.

#Lśniące lokum Lisieckiej


"Przy połyskliwym stole, ustawionym pośrodku błyszczącego, lakierowanego parkietu, na tle sutych firan i tapet w bogate arabeski, zalana jaskrawym światłem bijącym z wieloramiennego, kryształowego żyrandola, Aurelia miała spożyć kolację. Talerz już czekał, lśniąc w blasku kilku żarówek - była na nim polędwica i szynka w plasterkach, pokrajany żółty ser, rzodkiewki i ogórek, wszystko trochę już wyschnięte, bo Aurelii zbyt długo nie było.
Pani Lisiecka przyniosła jeszcze szklankę kakao, chleb, masło i dżem. 
- Jedz - powiedziała z niechęcią. Aurelia nie jadła.
Pani Lisiecka spojrzała na nią, jakby chciała ją uderzyć.
- Jedz, mówię ci. Obiadu nie zjadłaś, to chociaż zjedz kolację. Wciąż nic nie jesz. Mamusia się zmartwi. No, co ja powiem mamusi, jak po ciebie przyjdzie. Że znów nie jadłaś. Mamusia stoi po polędwicę, pieniążki wydaje. A ty nie jesz. Jedz.
Aurelia, nie patrząc na nią, z oczami wbitymi w stół, wzięła w usta kawałek szynki. Chwilę pożuła, następnie żuć przestała i siedziała z pełnymi ustami, tępo patrząc w kolorowy ekran telewizora. Po ekranie biegali ludzie z karabinami i strzelali do innych ludzi z karabinami. Przejechały czołgi, zabrzmiała radosna muzyka marszowa, a spiker powiedział coś dziarskim głosem. Aurelia czuła, że boli ją brzuch.
- Czemu nie jesz? Jedz - nakazała pani Lisiecka głosem suchym jak drewniana listwa.
Dziewczynka spróbowała przełknąć pogryzioną wędlinę, ale nie mogła. Schowała ją więc między dziąsła a policzek i wetknęła sobie w usta następny kawałek. Tego również nie była w stanie przełknąć. U pani Lisieckiej wszystko było suche jak drewno i równie niesmaczne. Nigdy nie mogła tu nic jeść. Może przez ten zapach lakieru do podłóg.
Posiedziała chwilę z wypchaną buzią, wreszcie wypluła szynkę w garść. Poczekała, aż pani Lisiecka znów się odwróci - i szybko schowała różową packę do kieszeni".


"Czemu nie jesz?" - pyta niezbyt inteligentnie pani Lisiecka. Jak tu jeść w tak lśniącym loku, w tak nieprzyjaznej atmosferze? Jak jeść w domu, w którym nad głową wisi zimna złość matki? Kiedy jedzenie podają w laboratorium, nie w przytulnym, zagraconym wnętrzu? Jak tu jeść, kiedy każą jeść samej?

Jak tu nie wybrać się na samotną wędrówkę w poszukiwaniu miejsca, w którym można zaspokoić nie tylko fizyczny głód?

Czerwony berecik wędruje od domu do domu.



Najeść do syta można się tylko wtedy, gdy wszystko zostaje odpowiednio przyprawione - bynajmniej nie maggi, jak przypuszcza zdesperowana pani Jedwabińska. Nie trzeba do rosołu dosypywać również narkotyku. Według pani Borejkowej wystarczy trochę serca

I to jest właśnie przepis na udane relacje międzyludzkie. 

Smacznego :).

Wszystkie cytaty pochodzą z wydania Opium w rosole Małgorzaty Musierowicz z roku, którego wydawnictwo Akapit Press nigdzie nie umieściło, niestety (ale jest to jedno z nowszych wydań, z rysowankami i zdjęciami Musierowicz na tylnej okładce).




sobota, 6 grudnia 2014

Dzień dobry, omawiamy rosołek. (To już czwarty raz!)

Tak, tak, czwarty raz omawiam z gimnazjalistami Opium w rosole Małgorzaty Musierowicz. To właśnie dzięki tej książce Zbigniew Raszewski nazwał Musierowicz "Homerem Jeżyc", wspominając  m.in. opisy jedzenia utrwalone na kartach tej powieści. Niestety, nie mam pod ręką Listów do Małgorzaty Musierowicz, ale potrzebny cytat wydawnictwo Akapit Press zamieściło na swojej stronie!

Homer Jeżyc!!! Jeszcze po stuleciach czytelnicy będą się mogli z tej książki dowiedzieć, co pod panowaniem Jaruzelskiego ludzie na Jeżycach przeżywali, jak mieszkali, w co się ubierali, a nawet, co jedli. Tak właśnie powstają największe postaci literatury i teatru. Ale trzeba wyjątkowych dyspozycji, żeby takie przeniknięcie obserwacji życiowych w tkankę literacką bez żadnego filtra mogło się dokonać.
Zbigniew Raszewski Listy do Małgorzaty Musierowicz (źródło: http://www.akapit-press.com.pl/sklep/dla-mlodziezy/opium-w-rosole-85-30)

Nie wiem, jak Wy, ale ja, czytając Musierowicz, mam ciągle ochotę coś podjadać i dopada mnie tęsknota za rodzinnym domem oraz rosołem z lanymi kluskami. Choć, przyznaję, swojski makaron też "dałby radę" :).

W wielu internetowych serwisach ściągowych uczniowie pytają, na ilu obiadkach była Genowefa i co  konkretnie jadła. Dla mnie te pytania też są ważne, ale nie zadaję ich w ramach pracy domowej, bo wiem, że niektórzy zamiast do książki, zajrzeliby na ściąga.pi-el. A nie chodzi o to, by te informacje po prostu wypisać, ale by wiedzieć, jakie wnioski można z nich wysnuć.

To, co jadali na obiady lokatorzy kamienic na Roosevelta świadczy przede wszystkim o tym, że w ich domach się nie przelewało. A jeśli coś nie przelewało, to był to wyłącznie rosół. ("Ojejku. Wszyscy jedzą rosół" - jak mówi Genowefa u Borejków.) Na wołowych kościach ugotowany. Poza tym w jeżyckim menu gościły pierogi z mięsem, kluski ze skwarkami i cebulką, racuchy zwane małdrzykami, zupa kartoflana Florida (moja ulubiona! ;) ) oraz niezapomniane kapuśniaczki Idy, których nikt nie chciał jeść...

Zauważcie (mówiłam też o tym na lekcji), że wszystkie te dania są niewyszukane (pamiętacie rzeczownik "biedażarcie"? W słownikach go nie ma, ale funkcjonuje w użyciu). Mąka, ziemniaki,  twarożek, margaryna, jajka, mleko, torebka zupy w proszku... Składniki niedrogie i dostępne. Wszystko to oczywiście pięknie skontrastowane z jedzeniem u Matyldy, pani Lisieckiej i Jedwabińskich.

Zauważcie też, w jakiej atmosferze spożywane są posiłki u Lewandowskich, Borejków i profesora Dmuchawca - nie ma tam przymusu, laboratoryjnych wnętrz, samotności przy stole. Mieszkania, które odwiedza Genowefa są niebogate, zagracone starymi sprzętami, ale przytulne, pachnące dobrym jedzeniem i mające "atmosferę".

Dość jednak teoretyzowania! Przejdźmy do spożywania!


#Pierwszy obiadek u państwa Lewandowskich:


"Kluski ziemniaczane, jak szary parujący kurhan, spoczęły na olbrzymim, niebieskim półmisku z przedwojennego fajansu. Pani Marta Lewandowska obłyła je ze wszystkich stron kopiastymi porcjami kwaszonej kapusty, ugotowanej z listkiem bobkowym i kminkiem. Właśnie zaczęła wylewać na kluski skwierczący tłuszczyk ze skwarkami i cebulką - gdy ktoś zadzwonił do drzwi".

Co ciekawe, dla mnie te kluski to nigdy nie były pyzy, ale szare kluski z tartych ziemniaków rzucane na wodę. W naszym domu nosiły piękne miano "szczurków". O, takich ja pierwsza potrawa z jadłospisu.

Brakuje tu ziemniaczanej "Floridy" i małdrzyków Kreski. A może jeszcze paru rzeczy?
(Źródła zdjęć podane są na końcu wpisu.)


 

#Drugi obiadek u Lewandowskich. Już mi cieknie ślinka...

"Na rozstawionych talerzach czekał już makaron domowy, posypany siekaną pietruszką. Teraz pani Lewandowska podeszła z garnkiem i chochlą
- Znów rosół.
- No, co ja poradzę, Sławuś, znów była tylko wołowina z kością - usprawiedliwiała się pani Marta. - Smażyłam te naleśniki, to już nie miałam czasu wymyślać zupy."


Sławek Lewandowski nie przyjął rosołu z zachwytem, za to pani Borejkowa - owszem. Pamiętajcie, że mięsa w 1983 nie można było ot, tak, kupić sobie w sklepie. Oprócz pieniędzy należało ekspedientce przedłożyć także kartkę na dany produkt. Nie wszystko było na kartki, ale popatrzcie, co było:


#Rosół wołowy u Borejków (dzięki bohaterskiej kurze)



"W dziesięć minut potem Gabriela Borejko powróciła triumfalnie z miasta i zabrała się natychmiast do przyrządzania w szybkowarze pożywnego rosołu z wołowiny.
- Rosół?! - krzyknęła niedowierzająco pani Borejkowa, kiedy około w pół do pierwszej wróciła do domu z długotrwałego, bardzo udanego spaceru, holując śpią̨ twardo wnuczkę i śmiertelnie głodną Genowefę. - Jakim cudem?!
- Cuda się zdarzają, utracjuszko - oświadczyła zadowolona ze swej niespodzianki Gabriela.- Sama bym nie uwierzyła. Jak wiesz, spotkałam rano Piotra Ogorzałkę.
- Mówił mi, ale widzę, że nie wszystko. Czy on ci kupił trochę mięsa zamiast róż?
- On mi pożyczył kartkę, matuś moja, kartkę na siedemset gramów wołowiny z kością. Mogę mu oddać, kiedy zechcę, bo oni z Maćkiem już trzeci dzień jedzą rosół, co prawda nie z wołowiny. Piotr Ogorzałka w podróży służbowej ubił kurę na szosie. Rzuciła mu się pod koła.
- Biedna.
- Prawdziwa bohaterka. Dzięki niej mamy dziś obiad."

W Opium w rosole jedzenie jest i dla ducha, i dla ciała. Zbliża ludzi i leczy smutki. Podobne cudowne działanie ma wspólne przygotowywanie posiłku.

#Kreska i Genowefa robią małdrzyki 

(a przepis i piękne zdjęcia możecie znaleźć np. tu: http://hendaleko.blogspot.com/2013/08/znowu-kulinarnie.html).

"Smutna i apatyczna Genowefa nie przejawiła zapału wobec tej propozycji: siedziała przy stole sztywno, jak mała drewniana kukiełka, i osowiale ogryzała paznokcie. Ale Kreska szybko sobie z nią poradziła: zawiązała dziewczynce swój fartuch, wyjęła z lodówki twarożek i jajka i poleciła te produkty ucierać w misce z margaryną, a to dlatego, że z własnego doświadczenia wiedziała, iż chwile chandry mijają najszybciej, kiedy się wykona jakąś pożyteczną pracę.
Jakoż Genowefa Bombke rozchmurzyła się niebawem. Z chwili na chwilę stawała się weselsza i bardziej rumiana, kiedy tak mieszała w tej misce, dosypywała to mąki, to cukru, próbowała bez końca paluchem, czy dość słodkie, i wreszcie - całkiem sama smażyła racuszki na patelni z oliwą.
Udały się popisowo - były chrupiące i złote, miejscami tylko zwęglone. Kreska posypała je cukrem i zaczęły jeść - obie zarumienione od gorąca, pobielone mąką i zadowolone z siebie. Kreska zjadła dwa małdrzyki. Genowefa pochłonęła ich dziesięć i pół. Potem napiły się herbaty, umyły naczynia i Genowefa podjadła mimochodem z talerza jeszcze trzy placki (...)".


Wszystkie cytaty pochodzą z wydania Opium w rosole Małgorzaty Musierowicz z roku, którego wydawnictwo Akapit Press nigdzie nie umieściło, niestety (ale jest to jedno z nowszych wydań, z rysowankami i zdjęciami Musierowicz na tylnej okładce).

środa, 3 grudnia 2014

Co Pani z polaka robi, kiedy nie bloguje?

Mnóstwo rzeczy, mnóstwo! Zachęcam do śledzenia mnie i poczynań moich uczniów na Facebooku (w pasku po prawej jest odnośnik do strony). Godzenie szeroko pojętego nauczania z blogowaniem dla przyjemności nie należy do łatwych rzeczy. Zapewniam jednak, że nowe wpisy będą :). Jeden właśnie się tworzy.

A o czym będzie?
Informacja na Facebooku :).

poniedziałek, 27 października 2014

Tyle wygrać! Kilka słów o Henryku Sienkiewiczu, a szczególnie o "Quo vadis"

Poznajcie słynnego autora, Henryka Sienkiewicza. Myśleliście, że go znacie? A czy wiedzieliście, że jeszcze nie tak dawno temu jego twarz widniała na banknocie o nominale pięćset tysięcy złotych? 

Spokojnie… Dziś to fortuna, ale tak naprawdę to odpowiednik dzisiejszych 50 zł.
Źródło: http://banknotypolskie.pl/banknoty/114/lata:1990-1993/spis/

A czy pamiętacie, że Nagrodę Nobla otrzymał za wybitne osiągnięcia w dziedzinie epiki (oryginalne uzasadnienie: "because of his outstanding merits as an epic writer", źródło cytatu). Było to w 1905 roku. Sienkiewicz miał wtedy na koncie takie powieści, jak: Ogniem i mieczem, Potop, Pana Wołodyjowskiego, Rodzinę Połanieckich, nasze ulubione Quo vadis (1896) i Krzyżaków.

Suchar polonistyczny mojego autorstwa


A czy wiecie (to z serii wiedza bezużyteczna), że był trzykrotnie żonaty? Z Marią Szetkiewiczówną, Marią Włodkowiczówną i Marią Babską (te trzy biedne Marie pamiętam jeszcze z podstawówki…).
O, na Wiedzy Bezużytecznej też to mamy… Z błędem, niestety: http://bezuzyteczna.pl/henryk-sienkiewicz-mial-3-15904.


A czy słyszeliście, że przyszły Noblista podróżował po Ameryce, Afryce i Europie. UWAGA, to już wiecie: z podróży do Rzymu, lektury Tacyta i obrazów Henryka Siemiradzkiego oraz ciężkiej pracy twórczej narodziło się omawiane przez nas Quo vadis? O inspiracjach tej powieści powiedział nam sam prawnuk pisarza w krótkim filmie dokumentalnym. Wszystkich nauczycieli omawiających Quo vadis? zachęcam do obejrzenia razem z uczniami: http://ninateka.pl/film/quo-vadis-od-sienkiewicza-do-kawalerowicza-cz-1-rzym-sienkiewicza.

Sienkiewicz wędrował drogą Appijską, jak niemal tysiąc dziewięćset lat przed nim pędził Marek Winicjusz, czy odchodził z Rzymu Piotr Apostoł. Via Appia można przejść się i dzisiaj. Oto jeden z jej fragmentów:

.



A czy przypominacie sobie, że kanadyjska pisarka Lucy Maud Montogmery, w Polsce znana głównie jako autorka Ani z Zielonego Wzgórza, wspomniała w swoim pamiętniku o powieści z czasów Nerona?

*Duża uwaga - chrześcijanie za czasów Nerona nie mogli ginąć
w Koloseum, bo wówczas go jeszcze nie było...
Wpis z 10 lipca 1898 roku
Potem przeczytałam Quo vadis - powieść roku. Ma wielką moc i głębię - doskonały obraz przepychu i zepsucia cesarskiego Rzymu i dworu Nerona, z którego wyłania się czyste i straszne piękno wczesnego chrześcijaństwa; i gdyby chrześcijaństwo zachowało swą pierwotną prostotę, miast obrastać w dogmaty i słowa, byłoby dzisiaj równie potężną siłą jak wówczas, kiedy męczennicy *Koloseum pieczętowali wiarę własną krwią.
L. M. Montogmery, Pamiętniki 1898-1910. Uwięziona dusza. Przeł. E. Horodyska, s. 40.
Pewnie nie wiecie (bo o tym nie wspominałam), że "Ostatnie lata życia Sienkiewicza były związane z majątkiem Oblęgorek pod Kielcami, który otrzymał w darze narodowym w związku z jubileuszem w 1900. Obecnie znajduje się tu muzeum poświęcone jego życiu i twórczości" [hasło: Sienkiewicz Henryk, Encyklopedia szkolna. Literatura i nauka o języku. Warszawa 1995, s. 698.]

Z informacji praktycznych - pałacyk w Oblęgorku jest nieczynny w sylwestra :(.







wtorek, 14 października 2014

Uczyli mnie - nauczyli mnie

Co prawda moim szkolnym kolegą nie był Miś Uszatek, ale po latach
pozwolił mi się przysiąść :).
Tak, dziś jest TO święto. Wszyscy nazywają je Dniem Nauczyciela, podczas gdy jego pełna nazwa to Dzień Edukacji Narodowej. 

Jestem szczęśliwa w swoim zawodzie, lubię pracować z dziećmi, młodzieżą i studentami. Lubię przyglądać się literaturze i innym tekstom kultury z różnych stron, lubię gramatykę. I - a to, uważam, jest bardzo ważne - tak po prostu i po ludzku lubię swoich uczniów.

Zanim jednak zaczęłam pracować w tym zawodzie i ja chodziłam do szkoły. Ukończyłam ośmioklasową podstawówkę (Szkołę Podstawową nr 2 w Orzyszu, dziś nieistniejącą; jest tam gimnazjum, w którym nb pracuje moja siostra) i czteroletnie liceum (Liceum Ogólnokształcące w Orzyszu, klasa informatyczna :) ). I, powiem Wam, miałam szczęście. Trafiłam na naprawdę dobrych nauczycieli. O kilku z nich chciałabym dziś napisać. 

Moją wychowawczynią w klasach I-III była pani Irena Wrzosek. Miała bardzo przyjemny głos, grała na skrzypcach i robiła z nami wspaniałe przedstawienia, których publicznością byli nasi rodzice. Dużo nauczyłam się w I-III, ale też bardzo dobrze bawiłam. To pani Wrzosek zawdzięczam pierwszą wizytę w teatrze i pierwsze spotkania z Chopinem, i pierwszą rolę w klasowym przedstawieniu.

Nauczycielką, której wiele zawdzięczam (i myślę, że miło jej będzie przeczytać te słowa) jest moja polonistka z podstawówki, pani Teresa Kaca. Wczoraj myślałam, na czym polegała tajemnica pani Kacy… I wymyśliłam! Po prostu na jej lekcjach mogłam być sobą. Nigdy nie należałam do przesadnie aktywnych uczniów i nienawidziłam pracy w grupach (którą teraz męczę swoim uczniów), ale nieźle pisałam i rozumiałam literaturę (i gramatykę też!) i za to byłam doceniana i  pozytywnie oceniana :). Na lekcjach polskiego czułam się po prostu dobrze. Do dziś z uśmiechem wspominam naszą klasową Balladynę czy ilustracje do Białej magii Baczyńskiego. Szczególne miejsce w mojej pamięci zajmują lekcje indywidualne - przygotowania do konkursu przedmiotowego z języka polskiego. Jazda trabantem do Ełku też była przeżyciem :). Potem - mój udział w różnych konkursach literackich, nad którymi czuwała - nawet wtedy, kiedy poszłam już do LO - pani Kaca. Sprawdzała moje prace, dwukrotnie pojechała nawet ze mną na wręczenie nagród do Poznania, a byłam już wówczas uczennicą liceum. 

W LO, nad którym nie będę się rozpisywać, bo post byłby za długi* :), z największą ochotą chodziłam na lekcje polskiego do Magdy Wysockiej, która nie obniżała mi ocen za obrazoburcze twierdzenia w wypracowaniach, wprost przeciwnie - lubiła moje cięte pióro; na lekcje historii do pana Wrzoska i pana Foszczyńskiego. Ci dwaj historycy mieli zupełnie inny styl prowadzenia lekcji. Pierwszy był spokojny, zawsze prowadził uporządkowany wykład; słuchało się go jak dobrego gawędziarza. Drugi pomagał sobie w mówieniu rękami i często, oj często, kazał nam pracować w grupach (i rzadko oceniał prace na 5). Nauczył nas (no, mnie na pewno) pisać prace naukowe i robić przypisy, a także myśleć krytycznie. Poza tym w 2003 roku miał chyba dar jasnowidztwa, bo na maturze próbnej dał nam temat, który był prawie identyczny z tym oficjalnym :). 

Myślę, że każdy z nas ma w sercu czy głowie takiego nauczyciela, którego ciepło wspomina. Dzień Edukacji Narodowej nie jest według mnie po to, by wręczać naręcza kwiatów czy recytować wierszyki (aczkolwiek jeśli działania te są z serca, to czemu nie?), ale by posłać miłe słowo swoim nauczycielkom i nauczycielom, byłym i obecnym. A jeśli nie posłać - to wspomnieć. Dobre myśli też gdzieś tam nas znajdą :).

Na zakończenie chciałabym złożyć serdeczne życzenia bardzo ważnemu składnikowi Edukacji Narodowej - moim obecnym i byłym Uczniom. Gdyby nie Wy, nie wiem, czy tak lubiłabym swój zawód! Dziękuję!

* Z tego powodu nie napisałam tutaj ani słówka o studiach - a tam też trafiłam na świetnych nauczycieli!

czwartek, 9 października 2014

Listy w powieściach i powieści w listach

Gorące pozdrowienia z Rzymu przesyła Marek Winicjusz.
(źródło: http://static.myvimu.com/photo/76/15497623_m.jpg)
Obiecuję, że to będzie już ostatni wpis o listach! :)

Omawiamy właśnie z I G Quo vadis. Narracja trzecioosobowa biegnie sobie swoim rytmem - raz wolniej, innym razem szybciej - a obok niej pojawia się kilka(naście) stron narracji pierwszoosobowej. Tak, są to listy!

Co prawda Ligia do Winicjusza nie napisała, ale za to narysowała przed nim rybę. I się zaczęło...
Napisał za to Winicjusz do Ligii (i to nie raz), Winicjusz do Petroniusza oraz Petroniusz do Winicjusza. A może były jeszcze jakieś inne listy w Quo vadis? Takie, które nie są cytowane w powieści, ale o których się mówi na przykład… Ktoś pamięta? :)


Fragment rozdziału XV:
Petroniusz do Winicjusza:
„Przez zaufanego niewolnika posyłam ci z Ancjum ten list, na który, jakkolwiek ręka twa więcej do miecza i do włóczni niż do pióra przywykła, mniemam, że przez tegoż samego posłańca bez zbytniej zwłoki odpiszesz". 

M. C. Winicjusz do Petroniusza:
"Ligii nie ma dotąd! Gdyby nie nadzieja, że ją wkrótce odnajdę, nie otrzymałbyś odpowiedzi, bo gdy życie się mierzi, to i pisać się nie chce. Chciałem sprawdzić, czy Chilon mnie nie oszukuje, i tej nocy, której przyszedł po pieniądze dla Eurycjusza, okryłem się płaszczem wojskowym i poszedłem niepostrzeżenie za nim i za chłopcem, którego mu dodałem". 
 Początek rozdziału XXXVII
Winicjusz do Ligii:
„Niewolnik Flegon, przez którego posyłam ci ten list, jest chrześcijaninem, będzie zatem jednym z tych, którzy otrzymają wolność z rąk twoich, najdroższa moja. Stary to sługa naszego domu, mogę więc pisać przez niego z całą ufnością i bez obawy, aby list wpadł w inne ręce niż twoje". 


Listy Judy Abbot (Tajemniczy opiekun) były bogato ilustrowane przez ich autorkę :).
Źródło: http://www.booksidoneread.com/2010/04/daddy-long-legs-jean-webster.html.
Quo vadis to nie pierwsza i nie jedyna powieść, w której pojawiają się fragmenty listów bohaterów. Warto natomiast dodać, że kiedyś (jeszcze nie tak dawno temu…) dużą popularnością cieszyły się powieści w listach - powieści epistolarne. Narracja trzecioosobowa była w nich ograniczona do minimum bądź nie występowała w ogóle. Przykłady z podwórka literatury dla młodego odbiorcy - Tajemniczy opiekun Jean Webster i Ania z Szumiących Topoli Lucy Maud Montgomery. W liceum natomiast będziecie czytać Cierpienia młodego Wertera J. W. Goethego. Być może o uszy obiją się Wam Niebezpieczne związki (autor: Pierre Choderlos de Laclos).

W internecie znaleźć można sporo prac domowych, polegających na napisaniu w imieniu Ligii listu do Winicjusza. Uważam, że słusznie - w końcu Ligię ktoś musi dopuścić do głosu, Sienkiewicz niezbyt rozbudował jej wypowiedzi… Mimo tego Wy jednak takiej pracy domowej nie dostaniecie. Ale wypracowanie klasowe to już zupełnie inna para kaloszy :D.

niedziela, 5 października 2014

Ludzie będą pisać listy? Kto wie...

W poprzednim poście napisałam kilka słów o pisaniu listów prywatnych. Wedle obiegowej opinii sztuka ta zanika, choć jeszcze dziesięć-piętnaście lat temu żyła i miała się dobrze. 

Kilka miesięcy temu oglądałam jednak film, o którym nie wspomniałam na lekcji z tej prostej przyczyny, że o nim zapomniałam, a który każe inaczej spojrzeć na kwestię zmierzchu epistolografii. Na inne kwestie też, ale to już temat na inną dyskusję :). 

Obejrzyjcie proszę najpierw ten fragment, to zaledwie 1 minuta i 44 sekundy:

video
Fragment filmu Ona (org. Her) w reżyserii Spike'a Jonze'a z 2013 roku. Więcej o filmie tu: http://www.imdb.com/title/tt1798709/fullcredits?ref_=tt_ov_st_sm.

Główny bohater filmu (Theodore), którego przed chwilą widzieliście, pracuje w firmie zajmującej się... pisaniem listów! Od lat tworzy listy w imieniu wnuków do dziadków, w imieniu żon do mężów i mężów do żon, dzieci do rodziców, zakochanych do siebie nawzajem... Osoby, które otrzymują list napisany (podyktowany) przez Theodora, są przekonane, że napisała je bliska im osoba. Wszak zgadza się charakter pisma, podpis, historia, emocje...

Dziwne, że w świecie niedalekiej przyszłości, w którym toczy się akcja filmu, ludzie otoczeni technologią będą czuli potrzebę wysyłania i otrzymywania listów, nawet jeśli nie będą potrafili zrobić tego sami. Napisanie listu prywatnego, listu intymnego zlecą obcej osobie - za pieniądze. Technika natomiast pozwoli na to, by list wyglądał jak napisany odręcznie... Nasuwa się tu trudne słówko: symulakrum.

A nie łatwiej jednak usiąść i napisać samemu?

Ona to bardzo ciekawy film, nie tylko dzięki osobliwemu* zajęciu bohatera. To tylko jeden z przykuwających elementów, które się tam pojawiają. Zachęcam, może jesteście już na tyle dojrzali, że Was zainteresuje. Jeśli nie, zostawicie go i wróćcie do oglądania za kilka lat.


* No, może nie do końca tak osobliwemu, jakby się zdawało. W czytanych książkach kilka razy natknęłam się na takie epizody - ktoś nie potrafi napisać listu, zwraca się do koleżanki/znajomej z prośbą o spreparowanie takowego w ramach koleżeńskiej przysługi.

czwartek, 2 października 2014

"Ludzie listy piszą..." Czyżby?

Całkiem nie tak dawno temu klasa I G miała powtórkę z budowy listu. Oczywiście finałem powtórki było zadanie napisania listu prywatnego (od Sagi do Signe lub od Signe do Sagi - to bohaterki szwedzkiego filmu Tysiąc razy silniejsza). 


Dawno, dawno temu, kiedy Wasi rodzice byli jeszcze bardzo mali (albo nie było ich jeszcze na świecie!) zespół Skaldowie śpiewał Medytacje wiejskiego listonosza:

Ludzie zejdźcie z drogi, bo listonosz jedzie
Ciężka jest od listów torba listonosza dziś
Ludzie zejdźcie z drogi, bo listonosz jedzie
Może ktoś na ten list czeka kilka długich lat
Dostanie go może dziś...

Trochę mniej dawno temu, ale już dobrych trzynaście-piętnaście lat wstecz listonosz z ciężką torbą często przychodził do mojego domu. Prowadziłam ożywioną korespondencję. Czasem byłam dobrą koleżanką i odpisywałam od razu (zaleta rzadko podobno spotykana), czasem zwlekałam kilka dni lub nawet tygodni. Wy (Moi Drodzy Uczniowie) dziwiliście się, kiedy powiedziałam, że moje listy miały nawet po 20 stron. Cóż, nic w tym dziwnego, kiedy chciało się opisać wszystko, co miało miejsce w danym tygodniu czy miesiącu. 

Tak sobie myślę, że listy uczyły piszących je opowiadać. Nie pisać sztuczne, formalne sprawozdania, ale w sposób interesujący prezentować wydarzenia ze swojego życia. Ponadto, jeśli się te wydarzenia prezentuje, to się o nich myśli, a jeśli myśli, istnieje szansa, że się przemyśli i może jakieś wnioski wyciągnie? :)

Sztuka pisania listów prywatnych zamiera, choć w szkole ciągle się jej uczymy, poznając przy okazji wypadające z języka młodych słowa: epistolografia, papeteria, filatelistyka. Zawsze zadaję uczniom pytanie: po co? Skoro ludzie nie piszą listów, po co uczyć się ich pisania? Cóż, nie powiedziałam tego na lekcji, ale uważam, że to bardzo ładna forma. Kto wie, może ktoś kiedyś, w przyszłości, postanowi jednak wysłać jakiś list? Może te napisane na polskim nie będą jedynymi w życiu?


Zadawanie listów w ramach pracy domowej ma swoją długą tradycję, sięgającą przynajmniej XIX wieku ;)*. Wszak po lekcji wiemy, że zadawała je nawet Ania Shirley! Oto niezbite, literackie dowody (z Ani z Avonelea Lucy Maud Montgomery, gdyby ktoś przypadkiem nie wiedział...):

Pani nauczycielka ShiRley.
Zielone Wzorze
Kanada

ptaki.
Droga pani nauczycielko napiszę wypracowanie o ptakach, ptaki to bardzo użyteczne
zwierzęta, mój kot łapie ptaki. Nazywa się Wilhelm, ale tatuś woła na niego tom. jest cały
pasiasty i jedno ócho odmroził zeszłej zimy gdyby nie to byłby bardzo ładny. Mój wójek ma
kota, przywlukł się kiedyś do jego domu i nie chciał odejść, woj mówi, że jest mądrzejszy od
niejednego człowieka, pozwala mu spać na bójaku i ciocia mówi, że myśli o nim więcej, niż o
własnych dzieciach, to nie jest sprawiedliwie, trzeba być dobrym dla kota i dawać mu słodkie
mleko, ale nie trzeba być lepszym
niż dla dzieci, to wszystko co pamiętam, więc jóż nic więcej od

edward Clay


I ten o Bardzo Odważnej Ciotce (czytałam go na lekcji):

Szanowna Pani.
Opowiem pani coś o mojej Bardzo Odważnej Ciotce. Mieszka w Ontario i jednego
dnia, idąc do szkoły, zobaczyła obcego psa w podwórzu. Pochwyciła kij, zwaliła go mocno,
zagnała do stodoły i zamknęła. Zaraz nadszedł jakiś człowiek i szukał lwa, który uciekł z
menażerii. Ten niby pies, to był właśnie lew, a moja Bardzo Odważna Ciotka zagnała go
samym kijem do stodoły. Cud się stał, że on jej nie zjadł, ale to dlatego, że była Bardzo
Odważna. Janek Gillis powiada, że jeśli ona myślała, że to pies, to wcale nie była Odważna.
Ale Janek jest zazdrosny, bo on nie ma Odważnej Ciotki, tylko samych wujów. 

* Mrugnięcie okiem oznacza, żeby nie traktować tych słów zbyt dosłownie...

poniedziałek, 22 września 2014

Rzecz(y)owniki

Jako uczniowie podstawówki, obecni moi gimnazjaliści bardzo lubili rozwiązywać ćwiczenia z gramatyki. Tak przynajmniej twierdzili. Albo, inaczej - tak przynajmniej twierdzili Ci, którzy się odzywali :).
W gimnazjum na szczęście nie trzeba wprowadzać wszystkiego od nowa - uczniowie znają większość części mowy i kategorii gramatycznych. Oczywiście pamiętają, że rzeczownik odmienia się przez liczby i przypadki, ale nie przez rodzaje, bo rodzaj po prostu ma (tak to już działa w naszym języku). 

W tym roku poświęciliśmy za to chwilę określaniu żywotności/nieżywotności, osobowości/nieosobowości itd. rzeczowników. (Dawno, dawno temu, kiedy chodziłam do podstawówki, kategorie te były potrzebne do zapamiętania reguł odmiany rzeczowników przez przypadki - kiedy w l. poj. D = M, a kiedy D = B? Teraz już się tych reguł nie wprowadza, zwłaszcza, że trzeba by przy tym mówić o sporej liczbie wyjątków, a może nawet wprowadzić inny podział na rodzaje - patrz M. Bańko, Wykłady z polskiej fleksji oraz wpis tutaj i tutaj). 


W ramach podsumowania rzeczownikowej przygody - krótka zabawa ze słomkami do napojów: tworzenie rzeczowników, określanie kategorii. Piękne rzeczowniki powstały. Tu umieszczam jeden, po resztę odsyłam na Facebooka :): KLIKAMY i oglądamy album.

 Od rzeczowników łatwo można przejść do rzeczy - dosłownie, nie w przenośni. Aż dziw, że autorzy Waszego podręcznika rozdział o rzeczach umieścili na końcu podręcznika, nie zaś po rzeczowniku. Czymże jednak jest nauczyciel bez własnej inicjatywy! Mając w głowie tę myśl, przyniosłam Wam na lekcję Modlitwę za rzeczy Tadeusza Gajcego, na której powstała taka oto notatka:


Tok analizy i interpretacji nauczyciela prowadzącego uczniów pozwala śledzić to fantastyczne urządzenie, które mamy w sali - wizualizer. Dla tych, których nie było z nami na lekcji, a być może wpadną tu kiedyś, przedstawiam skrócony opis naszych działań/pytań/poleceń/wniosków:
  1. Co to jest "modlitwa"?
  2. Po czym można poznać (oprócz tytułu naturalnie), że wiersz jest modlitwą?
  • wskazanie na "prosimy Cię, Panie" -> "Panie" odnosiło wg uczniów do kościoła i lekcji religii,
  • wskazanie na wyrazy "uspokój", "przygaś", "pozwól"... - idąc tym tropem (uczniowskim), podkreśliliśmy wszystkie tego typu wyrazy w wierszu; wyszło na to, że to czasowniki w trybie rozkazującym,
  • przypomnienie sobie modlitwy Ojcze nasz i wypisanie czasowników w niej występujących - okazało się, że też są w trybie rozkazującym,
  • podkreślenie, że choć czasowniki w trybie rozkazującym, to jednak osobie, Bogu, się nie rozkazuje, ale jednak prosi Go o coś,
  • potem popatrzyliśmy na to, jakie są rzeczy, o których mowa w wierszu - wyszło na to, że głównie zmęczone...
I tak od rzeczowników, przez rzeczy, doszliśmy do przymiotników... Można też było dojść do zupełnie czego innego... Np. do krajobrazu miasta, który więzi rzeczy - nie poszliśmy jednak tą drogą.

Ale wcześniej było jeszcze kilka wniosków - co łączy tekst Gajcego z modlitwą, co różni go od niej. Dlaczego poeta modli się za rzeczy? Czy ludzi z rzeczami łączą jakieś emocje?

Na koniec była ilustracja muzyczna - Modlitwa za rzeczy w wykonaniu zespołu Buldog.


środa, 10 września 2014

Rada pisze, Rada radzi, Rada nigdy cię nie zdradzi!

Tak naprawdę nie ma się z czego (kogo) śmiać! 
Praca językoznawców z RJP często wymaga metaforycznego 
machania łopatą (celem przekopania się przez słowniki oczywiście!).
Przedwczoraj był wpis z okazji Międzynarodowego Dnia Alfabetyzacji, dzisiejszy natomiast zainspirowany został wczorajszą rocznicą założenia Rady Języka Polskiego

Muszę przyznać, że słowa - ich znaczenie, pisownia, pochodzenie (czyli etymologia) zawsze mnie interesowały. Już jako dziecko lubiłam sobie od czasu do czasu zajrzeć do słownika - nie żeby wkuć coś na pamięć, ale by zrozumieć to, co słyszę w telewizji czy radiu, to, o czym czytam w książkach. 

Fragmenty ustawy o języku polskim*, która reguluje kompetencje Rady Języka Polskiego, znajdują się w niektórych podręcznikach dla szkół podstawowych. Może ktoś pamięta, dlaczego ta ustawa została uchwalona? Jeśli nie, to przypominam:

Parlament Rzeczypospolitej Polskiej:
– zważywszy, że język polski stanowi podstawowy element narodowej tożsamości
i jest dobrem narodowej kultury
,

– zważywszy na doświadczenie historii, kiedy walka zaborców i okupantów z językiem
polskim była narzędziem wynaradawiania,
– uznając konieczność ochrony tożsamości narodowej w procesie globalizacji,
– uznając, że polska kultura stanowi wkład w budowę wspólnej, różnorodnej kulturowo
Europy, a zachowanie tej kultury i jej rozwój jest możliwy tylko poprzez
ochronę języka polskiego
,

– uznając tę ochronę za obowiązek wszystkich organów i instytucji publicznych Rzeczypospolitej Polskiej i powinność jej obywateli
uchwala niniejszą ustawę.
Po co nam Rada Języka Polskiego? Rada publikuje porady i opinie "we wszelkich sprawach dotyczących używania języka polskiego w komunikacji publicznej" (ale nie chodzi tu o tramwaj czy autobus...), wydaje ekspertyzy i uchwały dotyczące polskiej ortografii.

Jednymi z ciekawszych porad na stronie RJP są te dotyczące imion, które przyszli rodzice chcieliby nadać dzieciom. Lektura opinii często wywołuje uśmiech na twarzy. Czasem jest to uśmiech radości i rozbawienia, kiedy indziej zażenowania (jak w przypadku pytania, czy można nazwać córkę "Milka"...). Językoznawcy, odpowiadając, używają rzeczowych argumentów, czasem jednak i ich wypowiedzi mają lekkie zabarwienie emocjonalne. Np. w przypadku pytania o imię "Merkucjo" na końcu opinii czytamy:


Moim zdaniem, jeżeli przez przeszło 300 lat nikomu nie przyszło do głowy, by nazwać swego syna Merkucjo, jest mało prawdopodobne, by to imię spodobało się Pani synowi.

Zachęcam do odwiedzania strony RJP: http://www.rjp.pan.pl/.

* Pisząc "ustawa o języku polskim", kierowałam się poradą: http://poradnia.pwn.pl/lista.php?id=6640
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...