piątek, 18 grudnia 2015

Niezwykły opis zwykłego miejsca, czyli staramy się patrzeć jak Ania Shirley


Z klasą VI Anię z Zielonego Wzgórza skończyłam omawiać już jakiś czas temu. Teraz kończymy Tego obcego, ale po głowie nadal chodzi mi kilka pomysłów na teksty o Ani...

Planując pracę z tą lekturą, postanowiłam, że powtórzymy - a jakże! - opis. Książka Lucy Maud Montgomery nie jest ich, jak wiemy, pozbawiona. W przeciwieństwie jednak do innych słynnych opisów, tych z W pustyni i w puszczy, nie mamy tu do czynienia z egzotyką, a z krajobrazem nam bliskim. Las, pole, jezioro, droga - nawet jeśli mieszkamy w mieście, zapewne widzieliśmy takie miejsca choć raz w życiu.
Te zwyczajne miejsca stają się jednak niezwykłe dzięki wyobraźni Ani Shirley. Zanim dzieci przystąpiły do pisania własnych prac, przeanalizowaliśmy dwa fragmenty lektury - opis Białej Drogi Rozkoszy i Jeziora Lśniących Wód. Tak wyglądała część notatki w zeszycie:

Tutaj z tablicy nie wszystko zostało spisane...

O, pani nauczycielka nie poprawiła wszystkich błędów :(

W ćwiczeniu tym chodziło przede wszystkim o wypisanie wszystkich określeń rzeczowników (epitet alert!) i zwrócenie uwagi uczniów na to, jak wiele przymiotników zostało użytych w krótkich przecież opisach. 

Po dwóch jednostkach lekcyjnych, w czasie których robiliśmy pokazane wyżej notatki, uczniowie dostali pracę domową: Napisz niezwykły opis zwykłego miejsca. Publikuję (za zgodą ucznia) pracę, która wśród innych, także dobrych, wyróżniała się oryginalnymi porównaniami. 




Niezwykły opis zwykłego miejsca. Praca ucznia klasy VI

Moje podwórko, znajduje się przy cichej a zarazem żywej i niezwykle ruchliwej ulicy.
Jest bardzo tajemniczym miejscem. Powiedziałbym, że jest niczym tajemniczy ogród, lecz kwiatów tu raczej nie znajdziesz. 
Podwórko wydaje się być pospolitym podwórkiem na którym nic a nic się nie dzieje. Natomiast ja mieszkam już tu dwanaście lat i miałem już okazję przyjrzeć mu się z bliska. Gdy tak przyglądałem się temu podwórku, dostrzegłem w nim pewną ciekawą cechę, mianowicie różnorodność. 
Miejsce to wydaje się być kotłem, w którym mieszczą się humory wszystkich mieszkańców zabytkowych kamienic otaczających to miejsce. 
Czasem można zobaczyć jak jakaś rodzina grilluje i je wspólnie obiad, a robią to zawsze przy schodach prowadzących w dół, do drzwi, które skrywają za sobą miejsca, w których jeszcze nie byłem. Grillują zawsze popołudniami, gdy dzieci wracają ze szkół, a rodzice z pracy, wtedy słońce pięknie oświetla zachodnią połowę podwórka, a połowę zakrywa cień 
Jednak nie tylko ta jedna rodzina odwiedza to miejsce. 
Raz można tam zobaczyć dzieci grające w piłkę, raz rodzinę wspólnie jedzącą obiad, a czasem w nocy można usłyszeć, że komuś wybito szybę w oknie. 
Podwórko to jednak zostaje dla mnie zagadką.

No cóż, niby spokojne, a jednak nigdy nie wiadomo, czym może zaskoczyć.          





niedziela, 13 grudnia 2015

Po naszymu, czyli jak uczennica zrobiła za mnie lekcję

Nie jest tajemnicą, że uczę w szkole w Bytomiu, czyli na Śląsku. Każdy, kto był tu choć raz na pewno słyszał na ulicach polszczyznę nieco odmienną od ogólnej. Gwara jest w tym regionie ciągle żywa i kilkoro moich uczniów oraz studentów, a także znajomych posługuje się nią w domu. Gwara śląska przekazywana była właśnie w ten sposób - ustnie z ojca na syna, z matki na córkę. Oczywiście obecnie dostępne są różne książki napisane gwarą, jeden z producentów telefonów oferuje także możliwość ustawienia śląszczyzny jako języka telefonu. Jest też Wikipedia po śląsku.



"Uczeń zna cechy języka i kultury swojego regionu" to wymaganie z podstawy programowej dla gimnazjum. Jednak kiedy pewnego dnia przyszła do mnie uczennica klasy VI i zapytała, czy może zrobić lekcje o gwarze śląskiej (którą mówi w domu) - naturalnie zgodziłam się. Trzeba wspierać takie nieoczekiwane inicjatywy uczniów :).

Karolina do lekcji przygotowała się bardzo dobrze; zaryzykowałabym stwierdzenie, że ma dryg do nauczania, a na pewno jest dobrą obserwatorką lekcji i potrafiła odtworzyć jej strukturę.

Przebieg lekcji

1. Uczennica pokazała prezentację, którą zrobiła sama. Oczywiście każdy slajd był odpowiednio komentowany. Cała prezentacja dostępna jest tu: prezentacja o gwarze śląskiej



Była to część teoretyczna lekcji, którą na potrzeby publikacji nieco poprawiłam (literówki, błędy edycji itp.). Nie ingerowałam w nią jednak bardzo - zapewniam! 

2. Po części teoretycznej nastąpiła część praktyczna, czyli ćwiczenia sprawdzające czy klasa VI zapamiętała coś z prezentacji. I tutaj wielki ukłon dla Karoliny, ponieważ potrafiła w praktyce wykorzystać to, co ja od czasu do czasu robię na lekcjach.

Uczennica zrobiła aż trzy gry w LearnigApps! Milionerów, odmianę przez przypadki (tutaj dodatkowo wykorzystała wiedzę o odmianie wyrazów!) oraz wykreślankę. Do wykreślanki podchodziły chętne osoby, pozostałe gry rozwiązywane były zgodnym chórem :).



Emocje sięgnęły zenitu, kiedy pojawił się quiz w Kahoot! Zobaczcie, jak rozwiązywała go klasa VI.


Uwaga! Linki do wszystkich gier znajdują się na ostatnim slajdzie prezentacji

Lekcja trwała 45 minut. Na drugiej jednostce Karolina puściła jeszcze klasie piosenkę zaśpiewaną po śląsku (POLECAM!), a potem wtrąciłam się ja, pokazując jeszcze kilka filmików związanych z gwarą śląską i... podlaską oraz językiem kaszubskim.

Tutaj wytłumaczę się, dlaczego konsekwentnie używam terminu "gwara śląska". Proszę obejrzeć ten krótki filmik:


Inne nagrania przydatne na lekcji o terytorialnym zróżnicowaniu polszczyzny:
  • piosenka współczesna inspirowana śląskim folklorem i napisana gwarą - jedna z moich ulubionych! Chwila Nieuwagi, Pedziała mi matka,
  • dowolnie wybrany przez nauczyciela fragment filmu U pana Boga za piecem lub U pana Boga w ogródku,
  • piosenka zaśpiewana w gwarze warmińskiej: Na stawigudzkim polu
  • Język kaszubski - coś, czego przeciętny Polak nie zrozumie :).
Oczywiście w zestawieniu mogłaby pojawić się jeszcze gwara podhalańska, o której, przyznam, zapomniałam na lekcji...

Karolina za przygotowanie lekcji otrzymała szóstkę, a ja niecierpliwie czekam na zgłoszenia innych uczniów, którzy chcieliby pokazać klasie to, czym się interesują, a co związane jest z językiem lub literaturą. Kto wie, może ktoś mnie jeszcze zaskoczy... :)

A czy Wasi uczniowie przygotowują lekcje? A może Wy, jako uczniowie, prezentowaliście coś klasie?

niedziela, 29 listopada 2015

Powieść, którą omawiam od końca


Władca much... W tym roku omawiałam tę powieść trzeci raz w ramach realizowania zapisu podstawy programowej dla III etapu edukacyjnego: "wybrana powieść współczsna z literatury polskiej i światowej (inna niż wskazana wyżej)". Oczywiście możemy dyskutować o granicach współczesności... Książka została wydana w 1954 roku i dla uczniów są to już czasy zamierzchłe, jednak ja osobiście uważam, że dzisiejsza młodzież powinna znać treść powieści Wiliama Goldinga. Poza tym, że to świetna książka, to jej tematyka pokaże uczniom, że o upadku świata mówią nie tylko Igrzyska Śmierci czy Więzień Labiryntu. I że o tym upadku można mówić, odwołując się do pewnych symboli, alegorii, do Biblii.

Omawiając tę powieść, nie stosuję raczej metod aktywnych, zabaw, przekładu intersemiotycznego. Wolę skupić się na wybranych, ważnych (z mojego punktu widzenia) fragmentach tekstu. Nie każę uczniom pisać planu wydarzeń, czy charakterystyki bohaterów. Chcę natomiast, aby dobrze zrozumieli to, co zostało przeczytane przez nich i co przeczytamy wspólnie na lekcji. Dlatego też omawianie Władcy much zaczynam od końca... I nie interesuje mnie w tym momencie to, czy ktoś zdążył doczytać lekturę, czy też nie.

Cały czytany na lekcji fragment jest dość długi i dzieli się na dwie części.

1. Ralf ścigany przez dzikich

Zaczynamy tutaj:

sobota, 21 listopada 2015

Uczeń też czytelnik i polecać umie: "Więzień Labiryntu"

Chciałoby się napisać jak nastolatka: "Hejka Kochani, długo mnie nie było! Miałam mnóstwo pracy, sprawdziany, kartkówki, lektury... Nie dało się żyć!". 

Cóż, styl może nie mój, ale w sumie to wyżej to prawda :). W szkicach mam cztery wpisy, w głowie drugie tyle, a czas jakoś dziwnie mi uciekł... Dwa tygodnie minęły jak z bicza strzelił. Ale - przejdźmy do rzeczy!

Dziś chciałabym zacząć nowy cykl na blogu. Czy będzie to rzeczywiście cykl, czy też jednorazowa notka - czas pokaże. 

Otóż wyobraźcie sobie, że moi uczniowie czytają - i to nawet dość sporo. Czy wszyscy? Nieee... Ale są tacy, którzy przychodzą z książką na lekcję i pewnie najchętniej by ją sobie poczytali, zamiast odmieniać rzeczownik przez przypadki... Postanowiłam więc pokazać tutaj, co czytają, co im się podoba. Może ich rekomendacje pomogą Waszym uczniom w wyborze samodzielnej lektury. W końcu co rówieśnik, to nie belfer! :)

Uczniowie szkoły podstawowej i gimnazjum uczą się wyrażać w mowie i piśmie swoje opinie, nie uczą się jednak pisania recenzji. Nie traktujmy więc ich wypowiedzi zbyt surowo...

Dziś prezentuję krótką opinię o powieści Więzień Labiryntu Jamesa Dashnera autorstwa Nataszy z klasy VI. Zadaniem uczennicy było wypisanie trzech zalet tej książki.

Obrazek znajduje się na
www.empik.com
 Trzy zalety książki „Więzień Labiryntu"

Pierwszą zaletą tej książki jest to, że pokazuje jak mocna może być przyjaźń. Głównego bohatera, Thomasa, łączą silne więzi z innymi postaciami z książki. Potrafi zrobić wiele, by przyjaciele mogli przeżyć.

Drugą zaletą powieści jest to, że możemy zobaczyć, co mogłoby się stać, gdyby nadeszły ciężkie czasy dla ludzkości. Kto by pomagał ludziom, kto nie, a kto by zostałby do tego zmuszony.  
Trzecią zaletą jest to, że [książka] pokazuje jak grupa zwykłych nastolatków zachowuje się zdana tylko na siebie. Kto stanie się wrogiem, a kto sprzymierzeńcem. 
Warto przeczytać tę książkę, nie tylko z powodu wymienionych zalet, ale też dlatego, że jest to po prostu ciekawa i wciągająca lektura.

Dodam jeszcze, że - zdaniem Nataszy - książka jest duża lepsza niż film!

poniedziałek, 9 listopada 2015

Polonistka i kółko TIK

Jestem polonistką, umiem zrobić wszystko - że tak zacznę z przymrużeniem oka. A teraz przejdę do rzeczy...





W tym roku szkolnym miałam nie angażować się w żadne dodatkowe szkolne zajęcia. Tylko dwie klasy, ja i język polski! (To ze względu na pełen etat na uczelni.) Kiedy jednak pewnego lipcowego poranka, kiedy to podziwiałam sobie najspokojniej w świecie panoramę Lizbony, zadzwonił telefon ze szkoły, a moja koleżanka polonistka i wicedyrektorka w jednym zapytała, czy nie chciałabym prowadzić kółka technologii informacyjno-komunikacyjnych - nie potrafiłam oprzeć się pokusie. Wzięłam!

Kółko TIK w szkole podstawowej


Zajęcia kółka TIK, zwanego przeze mnie kółkiem TrIK odbywają się co piątek i trwają dwie godziny lekcyjne. Jest więc wystarczająco dużo czasu na robienie ciekawych rzeczy. Ponieważ podstawówkę mamy niewielką i w tym samym czasie są zajęcia jeszcze trzech innych kółek (zajęcia teatralne po niemiecku, robotyka i Klub Młodego Historyka), mam w klasie tylko ośmioro dzieci. Każde siedzi przy swoim komputerze, a Internet hula, aż miło (no, to nie do końca prawda; czasem troszkę wolniej niż byśmy chcieli...).

Po co nam takie kółko?




Wystarczy przejść się po korytarzu w czasie przerwy, by stwierdzić, gdzie młodzi ludzie wsadzają swoje noski. Nie w książki, niestety, a w komórki. Skoro przed różnego rodzaju ekranami spędzają tak dużo czasu, czemu nie pokazać im, że istnieją w Internecie takie rzeczy, o jakich im się nie śniło? Służące i rozrywce, i nauce jednocześnie!

Celem istnienia kółka jest wprowadzenie ucznia w świat internetowych, i nie tylko, nowinek, które mogą wspomóc jego edukację. Które będą uczyć i bawić. Moim zadaniem jest też nauczenie wyszukiwania informacji (to cel długofalowy), korzystania z różnych zasobów zamieszczanych w Internecie oraz stania na straży własnej prywatności.

A co w programie?



Program kółka TrIK układałam sama, wybrałam więc te narzędzia, które sama stosuję i lubię. Do tej pory poznaliśmy:
  • Edmodo - służy mi na zajęciach do przesyłania wszystkim linków, poleceń itp.,
  • Padlet - tutaj uczestnicy zajęć zgromadzili zasady dotyczące bezpiecznego korzystania z Internetu,
  • Canvę - to jest moja faworytka! Uwielbiam tę stronę, na której w prosty sposób można stworzyć ładne i funkcjonalne grafiki do zastosowania na blogu, fanpejdżu itp. Tutaj można obejrzeć rezultaty prac polonistyczno-graficznych dziewcząt z kółka --> klik!,
  • StoryboardThat - strona do robienia komiksów. Znajdziemy tu bardzo bogaty wybór obrazków. Jedyny mankament - polskie znaki znikają po zapisaniu projektu i jego eksporcie...
  • Bloggera - tak, od kilku zajęć uczniowie pracują nad blogami. Adresów tutaj jednak nie ujawnię - jeśli będą chcieli, napiszą w komentarzach :).
  • YouTube jako serwis darmowej muzyki dla twórców filmików.

Co dalej?


W dalszym ciągu uczniowie będą aktualizować swoje blogi, robić grafiki w Canvie, przypinać informacje na Padlecie. Poza tym potrenują trochę ortografię, wrócą do LearningApps (korzystaliśmy z tego na wielu lekcjach w klasie V), nauczą się robić proste animacje, mówiące avatary, prezentacje w Prezi... Poza tym mam zamiar nauczyć ich korzystać z darmowych zdjęć na Flickr oraz... ale to na razie zostawię dla siebie :).

Zapraszam do śledzenia Facebooka - staram się tam publikować nasze prace i informować o tym, z czego korzystam.

Podzielcie się też ciekawymi stronami, z których korzystacie. Będzie mi bardzo miło! :)

czwartek, 29 października 2015

Katniss, Peeta i banda chłopców na bezludnej wyspie


Proszę przyznać się (w duchu) - kto czeka na drugą część Kosogłosa? Ja - zdecydowanie!

Jestem fanką serii Igrzyska Śmierci, stworzonej przez Suzanne Collins, od czasu obejrzenia pierwszego zwiastuna pierwszego filmu. To właśnie on zachęcił mnie, bym w końcu sięgnęła po książki, które wcześniej jakoś omijałam... Opis na tylnej okładce nie wydawał mi się zbytnio interesujący; spodziewałam się po nim raczej produkcji jakościowo zbliżonej do Zmierzchu. Cóż, miałam przyjemną niespodziankę!


Igrzyska Śmierci - ekranizacja


Najpierw, w 2012 roku, obejrzałam ten film sama, a potem z uczniami - do kina zabrałam swoją klasę wychowawczą. Po seansie oczywiście omówiliśmy Igrzyska... na lekcji polskiego. Moja klasa to był zbiór sceptyków, więc najpierw posypały się słowa krytyki :), ale wiem, że część osób sięgnęła po książkę i na pewno czeka na ostatnią część filmowej opowieści. 

Słowem - jeśli chodzi o Igrzyska Śmierci, to lubię i książkę, i film.


Igrzyska... na polskim


W tym roku szkolnym miałam (mimo próśb niektórych uczniów, wyrażanych jednak raczej słabym głosem) nie oglądać Igrzysk na lekcji. Los jednak zadecydował inaczej ;). Otóż omawiałam jedną z moich ulubionych powieści - Władcę Much Williama Goldinga - i robiłam zaplanowaną lekcję dotyczącą opisu przeżyć wewnętrznych ściganego przez bandę dzikusów Ralfa. Wtedy właśnie zdecydowałam, że może dobrze byłoby jednak obejrzeć ekranizację powieści Collins. Bo przecież w Igrzyskach jest narracja pierwszoosobowa, bohaterka-narratorka dzieli się z czytelnikiem swoimi przemyśleniami, a i uczuciami także. Od myślenia przeszłam do wymyślania.

Przygotowałam dla uczniów fragment powieści, w którym opisane są dożynki i losowanie. Najpierw wspólnie go czytaliśmy i analizowaliśmy, nazywając uczucia głównej bohaterki. Potem przyszedł czas na film. Scenę dożynek obejrzeliśmy, by porównać materiał powieściowy z filmowym.



Film dla filmu


Oczywiście takie porównania są cenne, ale warto obejrzeć czasem film dla samego filmu. Stąd też na następnej lekcji znowu obejrzeliśmy scenę dożynek, tym razem zwracając uwagę na filmowe środki wyrazu. Aby ułatwić pracę sobie i uczniom, przygotowałam kartę pracy.

Polecam dokładne przyjrzenie się scenie losowania. Przeważają w niej zbliżenia na twarze (choć nie tylko twarze) bohaterów, w związku z czym widzimy, jak aktorzy grają jedynie mimiką. Mieszkańcy 12 dystryktu mają na sobie jasne, dość biednie wyglądające ubrania, cała sceneria jest trochę szara, trochę niebieska i zimna. Z wyglądem i zachowaniem mieszkańców silnie kontrastuje postać Effie (ale nie tylko ona!). Ważna w tej scenie jest także muzyka, której... nie ma. Te i inne wnioski zapełniły pierwszą stronę naszej karty pracy.

Jeśli chcesz, wykorzystaj tę kartę pracy, zostaw na niej jednak mój podpis. Jeśli chciałabyś otrzymać ją w formacie pdf, napisz, podzielę się :).


Co jeszcze można obejrzeć?


Z Igrzysk wybrałam jeszcze cztery sceny: prezentację trybutów, rozmowę Snowa ze Seneką na temat nadziei, talk-show z trybutami oraz rozmowę Peety z Katniss noc przed rozpoczęciem Głodowych Igrzysk. Tutaj chodziło mi o pokazanie, że ze śmierci uczyniono widowisko bardzo podobne do tego, o którym czytaliśmy w Quo vadis? oraz niebezpiecznie nam współczesne (talent-show, w którym wygrywa nie ten, kto pięknie śpiewa, ale ten, kto najlepiej zabija...).

Ostatnie pytanie dotyczące Igrzysk sprawiło, że mogliśmy wrócić do Władcy Much. Rozmawialiśmy o tym, czy chłopcy, bohaterowie powieści Goldinga, którzy w wyniku katastrofy lotniczej znaleźli się sami na bezludnej wyspie, pozostali sobą. 



Co nam dały te lekcje?


Powiedzieć, że dużo zabawy, byłoby tu niestosowne. A jednak lekcje były interesujące - przynajmniej dla mnie :). Nie dość, że zobaczyliśmy, jak może wyglądać opis przeżyć wewnętrznych inny od tego, który tworzyliśmy na lekcji, to jeszcze zrobiliśmy analizę i interpretację filmu. Wszystko to jest w PP dla gimnazjum :). O aspekcie wychowawczym nie wspomnę...

Można zapytać na koniec, jak uczniom poszła praca domowa (ww. opis przeżyć). Hm, większość dostała bdb. Tak, też byłam zdziwiona :).

Użyte w poście zdjęcia to rzuty ekranu zrobione przeze mnie w trakcie oglądania. Jestem szczęśliwą posiadaczką DVD z filmem.



środa, 21 października 2015

Porozmawiajmy o pogodzie. Lekcje Polskiego w Kanadzie, cz. III

O czym można rozmawiać z nowo poznanymi osobami? Polityka  międzynarodowa, stan konta czy wybryki dzieci nie są zbyt fortunnymi tematami... Ale pogoda! Och, o pogodzie można gadać i gadać...

- Ładną dziś mamy pogodę!
- Tak, ładną. Mam nadzieję, że to się utrzyma.
- Tak, ja też. Choć na przyszły tydzień zapowiadają opady.
- Opady? To niemożliwie. Trudno w to uwierzyć, kiedy nadal słońce tak mocno świeci.
- A jednak. Takie są prognozy.
- Prognozy prognozami, a życie życiem. Może jeszcze będzie ładnie.
- Może. Ale w listopadzie to już na pewno spadnie deszcz.
- Tak...

Można by ten dialog pisać w nieskończoność...

Pogoda na lekcji


Nie znałam uczniów, z którymi miałam przeprowadzić lekcje w Kanadzie, dlatego zdecydowałam się właśnie na lekcję o pogodzie. Pisząc "nie znałam" mam na myśli głównie to, że nie wiedziałam, jaki poziom znajomości języka polskiego prezentują uczniowie. Lekcja, którą sobie zaprojektowałam, była jednak dość elastyczna - jej trudność można było dostosować do uczniów.

Nie chcę tu pisać, gdzie lekcja poszła najlepiej, gdzie najgorzej, bo w każdej z trzech grup wyszła po prostu... inaczej. Każdy nauczyciel wie przecież, że nie ma dwóch podobnych lekcji...

Skrócony konspekt lekcji można pobrać tutaj: klik! klik! W tym wpisie opiszę tylko trzy z kilku części lekcji. Te najciekawsze rzecz jasna :).

Zaznaczam też, że lekcja została przygotowana jako lekcja języka polskiego jako obcego. Czyli dziś mamy trzy łyki glottodydaktyki :).

Do lektury poprzednich kanadyjskich postów zapraszam tu:


Pogodowa pocztówka



Na początku lekcji uczniowie dostali kartki pocztowe z rysunkami przedstawiającymi różne stany atmosfery. Rysunki, co słabo widać na zdjęciu, są podpisane. Tę i inne kartki zaprojektowano dla Szkoły Języka i Kultury Polskiej UŚ i świetnie sprawdzają się jako pomoc naukowa w nauczaniu języka polskiego jako obcego. 

Oczywiście niektórzy uczniowie znali już sformułowania "pada deszcz", "świeci słońce", "jest burza", ale niektórzy - nie. Z pomocą tej pocztówki większość uczniów była w stanie odpowiedzieć na pytanie o pogodę za oknem, pogodę wczoraj, jesienną czy zimową. Kartki przydały się też pod koniec lekcji.

Julian Tuwim i jego strofy


Kto zgadnie do jakiej strofy to ilustracja?


Na lekcji przeczytaliśmy także fragmenty wiersza Strofy o późnym lecie Juliana Tuwima. W szkole w Polsce zostałaby omówiona budowa wiersza, środki poetyckie, wrażenia czytającego itp. Sami zresztą najlepiej wiecie :). Dla mnie ten wiersz stał się bazą słów związanych z nazywaniem elementów krajobrazu. Dzięki lekturze wiersza uczniowie poznali też nowe słowa (np. "drzemie" czy "bujny").

Sprawdziłam także rozumienie globalne czytanego tekstu. Uczniowie mieli za zadanie dopasować kolejne zwrotki do rysunków. O wykonanie ilustracji do każdej ze strof poprosiłam swoich szóstoklasistów. Tak, zawiozłam ich rysunki za ocean... (To mi przypomina, że należą im się za to oceny!) Uczniowie nie mieli większych problemów z dopasowaniem słów do obrazów.

Na pierwszej prowadzonej lekcji zaprezentowałam wszystkie 17 prac moich uczniów. Okazało się jednak, że to trochę za dużo i zupełnie wystarczy jeden rysunek do jednej zwrotki.

Butelki z porami roku




U Tuwima czytamy "Lato, w butelki rozlane, na półkach słodem się burzy". A gdyby tak inne pory roku też wlać do butelki? I zrobić z tego ćwiczenie leksykalne?

Uczniowie dostali kartę pracy z butelkami (tak, tę wyżej) i wpisywali w nich wyrazy kojarzące się z kolejnymi porami roku. Można było korzystać z tekstu wiersza, można było "ściągać" z pogodnej pocztówki.

Główne cele lekcji - powtórzenie słownictwa związanego z porami roku i pogodą - osiągnięto! Oczywiście zaplanowałam sobie trochę więcej, tak na wszelki wypadek :). W końcu najtrudniej jest zaplanować lekcję dla klasy, której się w ogóle nie zna. Najlepiej wtedy jest mieć kilka wariantów działania i w razie czego dostosować ćwiczenia i tok lekcji do uczniów.

Gdybym miała okazję zamiast jednej lekcji poprowadzić dwie z każdą klasą, zrobiłabym na pewno więcej i bardziej postawiła na odpytywanie uczniów :).

Czy są tu może glottodydaktycy? Jeśli tak, chętnie poczytam Wasze komentarze do tej lekcji.


czwartek, 15 października 2015

Jak się ubrać, w co się ubrać?

W ubiegły czwartek (czyli tydzień temu) dość spontanicznie opublikowałam wpis Kolczyk, tatuaż, dziurawe dżinsy... Jak się ubrać, nauczyciele?. Zupełnie nieoczekiwanie dla mnie samej pod postem pojawiło się wiele ciekawych komentarzy. Również na facebookowej grupie Nauczyciele można do dziś przeczytać komentarze moich kolegów, a raczej koleżanek po fachu.

Zdaję sobie sprawę, że w szkole są problemy o wiele ważniejsze niż kwestia ubioru nauczycieli. Są plany wynikowe, wychowawcze i profilaktyczne, przemoc, cyberprzemoc, niezdrowe jedzenie, telefony na lekcji, ściąganie, Marcin z Vc, co nie chce uczyć się, zepsuty czajnik w pokoju nauczycielskim, brak pomysłów na Dzień Niepodległości itp. A do tego jeszcze - dydaktyka! Warto jednak czasem odłożyć na bok te ciężkie Norwidy i porozmawiać o czymś lekkim i przyjemnym... Choć, sądząc po tym, co pisałyście w komentarzach - wcale nie tak lekkim.

Czy w szkole obowiązuje dress code? Czy powinien obowiązywać dress code? Czujemy, że odpowiedź na oba pytania jest twierdząca. W komentarzach pojawiały się próby opisu nauczycielskiego stylu i ubioru stosownego do pracy. Naprawdę bardzo polecam ich lekturę pod zalinkowanym wpisem. Nie chcąc za bardzo się rozpisywać oraz powtarzać, ujęłam Wasze przemyślenia w pięć haseł. Oto i one. 

Pytanie: jak powinna ubierać się nauczycielka? 
(Przepraszam, panowie, nie wypowiadaliście się na ten temat...)




  1. Wygodnie. Bo, wiadomo, dzieci (szczególnie młodsze) lubią pohasać i czasem trzeba za nimi gonić, podczas dyżurów jest trochę stania lub chodzenia, zbyt sztywna marynarka uniemożliwi nam napisanie czegoś wysoko na tablicy, wąska spódnica oznacza, że ciężko będzie się schylić, buty na wysokim obcasie + śliska podłoga na korytarzu... I tak dalej... Nasza praca nie polega na siedzeniu przy biurku... A przynajmniej nie ta w szkole.
  2. Schludnie. No, to chyba nie wymaga zbytniego komentarza :). Dodam tylko, że po pracy zdarza mi się nie wyglądać schludnie. Lubię czarne rzeczy, a wszystkie tablice mam na zwykłą kredę... 
  3. Przyzwoicie. Tutaj wiele osób pisało "nie za krótko", bez wielkich dekoltów, unikamy przezroczystych rzeczy itp. Wiadomo. To uniwersalne zasady, które - tak myślę - obowiązują w wielu miejscach pracy. Punkt 3. łączy się z punktem 2. I tu polecam świetny i krótki artykuł o tychże zasadach: http://dreskot.pl/blog/2014/07/18/u-was-dress-code-nie-obowiazuje-to-nieprawda/
  4. Normalnie. Pisałyście: w pracy jestem sobą. Rozumiem to tak, że jako osoba preferująca styl tzw. swobodny codzienny (casual) nie wbijam się do pracy w spódnicę, bluzkę z kołnierzykiem i czółenka, bo będę przebrana, nie ubrana. I na odwrót. Jeśli lubię czółenka, umiem chodzić na wysokich obcasach i jeszcze nigdy w pracy nie wywinęłam orła, w mojej szafie są same spódnice i bluzki, to nie widzę powodu, by wbijać się w dżinsy i sweter.
  5. Elegancko. W komentarzach padło pytanie o wywiadówki. Jak się na nie ubieracie? Niektóre z Was pisały, że starają się być nieco bardziej eleganckie (smart casual - styl swobodny staranny) niż na co dzień, inne - że nie ma na to czasu... Ja myślę, że jeśli ktoś lubi (jak w punkcie 4.) ubierać się elegancko do pracy, to niech tak się właśnie ubiera. Te naprawdę eleganckie stroje i tak zarezerwowane są na różnego typu szkolne uroczystości
Tyle wcale niekrótkiego, ale też niepełnego, podsumowania Waszych przemyśleń. Bardzo dziękuję za komentarze, zachęcam do zostawiania kolejnych :).

Na koniec chcę jeszcze powiedzieć o trzech kwestiach, które pojawiły się w dyskusji. Ważne, by strój nie rozpraszał ucznia. Młodzież ma się skupiać na nauce, nie na naszych butach, hehe. Dodam jednak, że mnie zdarzało się przyjść w czymś nowym do szkoły, rozproszyć tym nieco uczniów, a po dwóch-trzech dniach nie robić już na nich tym samym ciuchem żadnego wrażenia.

Po drugie i prawie ostatnie: najważniejsze jest to, co mamy w głowach i jak to przekazujemy dalej. Nie strój będzie dodatkiem do naszego wspaniałego mózgu, nie na odwrót ;).

Ostatnia rzecz... Tatuaże i kolczyki. W komentarzach wypowiadały się osoby, które mają tatuaże, uczą i żyją! W przypadku tych ozdób (tak, dla mnie dobrze zrobiony tatuaż to ozdoba) oraz percingu w widocznym miejscu innym niż uszy trzeba być nadal (to wynikało z komentarzy) ostrożną. Są szkoły, gdzie nikomu to nie przeszkadza, są takie, gdzie przeszkadza bardzo. A jeśli w danej szkole nie pozwala się uczniom na kolczyk w nosie i tatuaż, to moim zdaniem hipokryzją byłoby, gdyby nauczycieli obowiązywały inne zasady. Tak, porzekadło "co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie", należy odłożyć do lamusa. (Dlaczego? Polecam m.in ten tekst: klik!). 

Przydałaby się także rada dla nauczycielek zaczynających pracę. Nie wiecie, jak się ubrać? Podpatrujcie starsze stażem koleżanki. Na początek to wystarczy :).

Czy to mój ostatni głos w kwestii ubrań? Nie! Nowy wpis nie powstanie jednak bez Waszej pomocy. Czy dyrekcja szkoły powinna tworzyć regulaminy dotyczące ubioru pracowników? Czy w Waszej szkole takie regulaminy istnieją? Proszę o odpowiedzi (bardzo, bardzo proszę... :) ).


poniedziałek, 12 października 2015

O tym, jak myślałam, że umiem uczyć

Miał być cykl postów kanadyjskich, jednak prawdziwych hitem i tematem, który zaangażował czytelników, był ten o ubiorze nauczyciela. Jeszcze raz dziękuję za wszystkie komentarze na blogu i na Facebooku (w grupie Nauczyciele) i obiecuję, że jeszcze wrócę do tego tematu. Na swoim profilu na Fb w zasadzie od niego nie odeszłam, więc jeśli ktoś ma ochotę pooglądać nauczycielskie "ałtfity" (stroje) - zapraszam!


Podręczniki do nauczania języka polskiego jako obcego: Bawimy się w polski i Dzień dobry!

Wracając jednak do lekcji w szkołach polskich (i dwujęzycznej szkole) w Kanadzie... Jeśli myślcie, że jesteście dobrymi polonistami - to dobrze! Potraficie uczyć i nauczyć, zainteresować uczniów tematem, sprawić, by literatura, język, film czy teatr nie miały przed nimi tajemnic. A teraz wyobraźcie sobie, że idziecie do szkoły, w której dzieci na co dzień nie mówią po polsku lub mówią w tym języku tylko z rodzicami. Że nie jest to ich pierwszy, a drugi język, język dziedziczony, ale znany raczej biernie niż czynnie.

Macie to?

Jeśli tak, w tym momencie zdacie sobie także sprawę, że dydaktyka języka polskiego powinna w przypadku takich uczniów zamienić się w glottodydaktykę. Przejście to nie jest łatwe (dla mnie nie było), ale nie jest niemożliwe. Idąc na studia podyplomowe w zakresie nauczania polskiego jako obcego, myślałam sobie - hehe, co to dla mnie, no przecież uczę na co dzień w szkole, mam już swoje sprawdzone metody i formy pracy, a i na nowości jestem otwarta. Dam radę!

Cóż, okazało się, że, owszem, dam, ale bez przygotowania teoretycznego i obserwacji lekcji lektorów polskiego jako obcego byłoby ciężko. Dlaczego?

Przypomnijcie sobie lekcje języka angielskiego, niemieckiego, rosyjskiego czy jakiegokolwiek innego, na który chodziliście. Czytaliście poezję w tych językach? Opowiadania, powieści, reportaże, wywiady? Oglądaliście filmy i spektakle w oryginale? Omawialiście na ich podstawie uniwersalne prawdy filozoficzne? Dyskutowaliście? Hm? Może. Ale raczej nie.

Na języku obcym uczymy się słownictwa, gramatyki, porozumiewania się w podstawowych sytuacjach komunikacyjnych. Można oczywiście uczyć języka przy pomocy literatury, ale to dotyczy raczej starszych uczniów. Przede wszystkim, aby uczyć polskiego jako obcego trzeba mieć dużą wiedzę i świadomość gramatyczną. Nie będę się jednak tutaj rozpisywać na temat metodyki, chciałam tylko, byście uzmysłowili sobie różnicę między nauczaniem polskiego w Polsce, a za granicą (czy też nauczaniem obcokrajowców). Bardzo podziwiam nauczycielki z Kanady, które z wielkim zapałem podchodzą do swoich uczniów i pragną przekazać im nie tylko język, ale też stojącą za nim kulturę, tradycję, literaturę. Wiele się na tym (i na białoruskim) wyjeździe od nich nauczyłam.

W naszych szkołach coraz częściej pojawiają się uczniowie, których rodzice kilka, kilkanaście lat temu wyjechali za granicę, a teraz - z różnych przyczyn - wracają. Warto dla nich zainteresować się metodami glottodydaktycznymi. Poczytać, a może nawet pójść na studia? Dla zainteresowanych dodam, że na stronie Szkoły Języka i Kultury Polskiej UŚ znajduje się kilka wskazówek bibliograficznych, spis podręczników, dwa programy wspomagające naukę polskiego: http://prac.us.edu.pl/~sjikp/.

Moja przygoda z glottodydaktyką dopiero się zaczyna. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miała możliwość pracy z uczącymi się polskiego za granicą. Bardzo się cieszę, że dano mi szansę sprawdzenia się w ubiegłym roku na Białorusi i teraz w Kanadzie. Rozwinęło mnie to również jako nauczycielkę tutaj, w SP i gimnazjum. Myślałam, że umiem uczyć - ale przecież w naszym zawodzie co rok, co miesiąc, a nawet co dzień nauczyciel zdobywa nową wiedzę. O sobie, o uczniu, o świecie. Parafrazując znaną i lubianą poetkę: Żaden dzień się nie powtórzy, nie ma dwóch podobnych lekcji...

Następny kanadyjski wpis poświęcę w końcu prowadzonym przez siebie lekcjom :).

czwartek, 8 października 2015

Kolczyk, tatuaż, dziurawe dżinsy... Jak się ubrać, nauczyciele?

Miałam napisać o Strofach o późnym lecie Tuwima. Miałam wstawić świetne obrazki dzieci z klasy VI. Miałam pochwalić uczniów uczących się polskiego w Kanadzie. Ale spojrzałam w lustro...

Kiedy zaczynałam pracę nauczycielki języka polskiego (i asystenta na filologii polskiej) jednym z moich zmartwień było: w co się ubrać do pracy? Prawdę mówiąc, od czasu da czasu nadal mam takie dylematy. Jadąc na Białoruś zastanawiałam się, czy moje sukienki nie są zbyt dresowe do prowadzenia lekcji. Okazało się, że nie. To spodnie pani, z którą współprowadziłam warsztaty, wywołały zdumienie białoruskich nauczycielek... Pakując się do Kanady, tak na wszelki wypadek, oprócz martensów, wzięłam też czółenka. Przydały się raz... Na wyjście na koncert muzyki poważnej. W tamtejszych szkołach nauczycielki były ubrane zwyczajnie (dżinsowe spodnie, koszulki, swetry) lub bardziej elegancko (wysokie buty, spódnice, marynarki). Niestety, nie zdążyłam porozmawiać z nimi o dress code w pracy.

Niedawna rozmowa ze studentką-praktykantką sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać, na ile nauczyciel może sobie w sprawie ubioru pozwolić. Ile kolczyków może mieć? Czy wypada zrobić sobie tatuaż? Czy wolno mi przyjść do pracy w modnych (czasem modnych, czasem nie...) spodniach z dziurami? Szary sweterek czy modna asymetryczna bluza w ostrym kolorze? 

A może najlepiej by było, gdyby nauczyciele nosili mundurki?

Jak jest u Was w szkole? Czy do szkoły wybieracie bardziej formalne ciuchy? A może nie ma to u Was większego znaczenia? 

Czy istnieje coś takiego jak nauczycielski dress code?

Piszcie, czekam na Wasze odpowiedzi :). I dodaję, że w prawym uchu od czasów studenckich noszę dwa kolczyki...


poniedziałek, 5 października 2015

Spełnione książkowe marzenie i odpowiedzi na pytania Zakręconej belferki

Ostatnio na lekcjach polskiego z VI klasą rozmawialiśmy o spełnianiu marzeń. Takich marzeń, z których realizacją wiążą się długie przygotowania, długie czekanie... Powiedziałam im wtedy, że ja też kiedyś miałam takie marzenie i że właśnie niedawno się spełniło. A skoro już powiedziałam coś takiego, to musiałam opowiedzieć co, jak i kiedy :).

Będąc w Kanadzie, odwiedziłam piękny antykwariat. Na półce z literaturą kanadyjską znalazłam książki mojej ukochanej autorki. I to nie tylko te, które wymyśliła. Również takie, w których opisała swoje życie.



Snap z wycieczki do antykwariatu i księgarni. A przy okazji pod Parlament Alberty.



środa, 30 września 2015

Lekcje Polskiego (i polskiego) w Kanadzie. Odsłona I: polskie szkoły

Vancouver w słońcu to jest coś, co warto zobaczyć
Jeśli śledzicie mój fanpage na Facebooku (facebook.com/lekcjepolskiego), Instagramie i Snapchacie (lekcjepolskiego), wiecie, że ostatnio byłam dość zajęta. Czym? Nauczaniem! Ale, ale, przecież tym zajmuję się na co dzień... Więc o co chodzi? Otóż nauczanie to odbywało się w polskich szkołach w Kanadzie!

Oprócz tego, że uczę w Szkole Społecznej w Bytomiu, jestem także adiunktem w Katedrze Dydaktyki Języka i Literatury Polskiej Uniwersytetu Śląskiego. W ubiegłym roku postanowiłam poszerzyć swoją wiedzę dotyczącą teorii i praktyki dydaktycznej i zapisałam się na Podyplomowe Studia Kwalifikacyjne Nauczania Kultury i Języka Polskiego jako Obcego (długa nazwa...). To, że jestem słuchaczem studiów + pracownikiem uniwersytetu + nauczycielem praktykiem, sprawiło, iż w listopadzie ubiegłego roku zostałam wysłana na Białoruś, by prowadzić zajęcia warsztatowe dla nauczycieli języka polskiego. To była przygoda dydaktyczna i niezła szkoła życia!

W tym roku zaproponowano mi podobny wyjazd w zupełnie inne miejsce świata - do Kanady. Stowarzyszenie Sympatyków Szkoły Języka i Kultury Polskiej przy wsparciu finansowym Ministerstwa Spraw Zagranicznych organizuje w różnych miejscach świata warsztaty "Jak i dlaczego warto uczyć się Polski i polskiego". Moje koleżanki były już w Kazachstanie, na Ukrainie, w Rosji, Brazylii... Ja natomiast, wraz z koleżanką z UŚ, od 18 do 26 września prowadziłam zajęcia w Vancouver (Kolumbia Brytyjska) i Edmonton (Alberta). Jak było? Bardzo, bardzo dobrze!

poniedziałek, 14 września 2015

Wielki pożytek z Małej Poczty

Jeśli urodziłeś/urodziłaś się w latach 80 XX wieku prawdopodobnie jedną z Twoich zabawek była Mała Poczta. Płaskie kartonowe pudełko skrywało nie lada skarby - dwa pocztowe okienka, blankiety wpłat i przekazów pieniężnych, kwity na paczki i listy polecone, miniaturowe koperty, widokówki, kartki z życzeniami, znaczki z biedronką, plastikowe monety oraz (moją ulubioną!) niewielką pieczątkę do stemplowania przesyłek. Ach, ileż godzin zabawy zapewniła mnie i mojej siostrze Mała Poczta! Ile "wysłanych" listów i kartek! Ile transakcji płatniczych! Ile zaadresowanych kopert i przyklejonych znaczków!

Wiesz, że dziś także można kupić Małą Pocztę? Nie widziałam jej jednak u żadnego dziecka znajomych. A szkoda...


Obserwuj tablicę Mała Poczta należącą do użytkownika Karolina.



Dlaczego szkoda? Otóż w podstawie programowej do szkoły podstawowej są zapisy, które mówią, że uczeń powinien umieć napisać list prywatny i oficjalny, życzenia i pozdrowienia. W cyfrowym świecie posługujemy się raczej listem elektronicznym, życzenia i pozdro(wienia) z wakacji wysyłamy SMS-em. Kiedy potem przychodzi do napisania tego samego na kartce papieru, zaczynają się problemy...

Nie chcę tutaj pisać o wymienionych wyżej formach wypowiedzi. Nie. Chodzi o rzecz bardziej prozaiczną. Może moi uczniowie w przyszłości nie wyślą żadnego listu prywatnego. Może nie będą wysłali pocztówek*, ale - tak myślę - będą mieli w życiu potrzebę zaadresowania przesyłki. 

sobota, 12 września 2015

Tajemnica pewnego jeziora... Odkryta! "Świteź" w prasie

Co to? Dowiesz się, czytając wpis do końca :)
W gimnazjum obowiązkowo omawiamy z uczniami wybraną balladę Adama Mickiewicza. I dobrze, bo ballady nie są takie skomplikowane :). Do tej pory omawiałam Świteziankę i To lubię!, a Świtezi - nie. Przyszedł czas i na tę historię.

Tekst ballady (jak to ballady) jest dość długi i najeżony archaizmami. Aby ułatwić uczniom odbiór tej historii, lekcję zaczęliśmy od rozmowy o tym, co to jest niezwykłe miejsce oraz od obejrzenia filmu animowanego Świteź w reż. Kamila Polaka. Całą animację można obejrzeć na YouTube, jednak jej jakość jest tak fatalna, że zdecydowałam się na zamówienie DVD do swojej prywatnej kolekcji i (a jakże) odtwarzania jej w szkole kiedyś, w przyszłości.


Później przeczytaliśmy utwór i omówiliśmy go. Jak? To każdy nauczyciel wie :) i każdy ma na to swój sposób. Ja zwracałam uwagę na treść oraz cechy gatunku. 

I animacja, i wspólna lektura ballady stanowiły jednak wstęp do pracy uczniów w grupach.

niedziela, 6 września 2015

Nowy rok szkolny, nowe lektury (i trochę starych) w szkole podstawowej

Obrazek udostępniony ze strony
http://www.lmmrc.ca/digital_archive/book_illustrations.html
Pierwsza lekcja języka polskiego w nowym roku szkolnym jest zawsze tą, na której podaje się listę lektur do przeczytania... Przyznam, że lubię ten moment, kiedy zapisuję kolejne tytuły na tablicy i słyszę za plecami jęki typu: "suuuuper..." lub "o, nieeeee". 

W tym roku w klasie VI więcej było tych drugich, a tak się starałam, by połączyć to, co klasyczne (czyt. stare) z tym, co nowe. Realne z fantastyką, tak dziś przecież lubianą. To, co zapisane w podstawie programowej do SP z tym, co poza nią wykracza. 

Kiedy jeszcze sama byłam uczennicą szkoły podstawowej, wprost pochłaniałam książki i wydawałam na nie niemal każde pieniądze, które otrzymywałam. Nie było ich znowu tak dużo, ale i książki nie były takie drogie, jak teraz. Lucy Maud Montgomery, Zbigniew Nienacki, Małgorzata Musierowicz to tylko trójka z wielu autorów, którzy towarzyszyli mi od czasów, kiedy już posiadłam zdolność płynnego czytania (dość szybko to się stało).

W tym roku zaproponowałam uczniom VI SP następujące teksty (kolejność przypadkowa):

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

A w wakacje... poczytałam trochę

Co roku na początku wakacji obiecuję sobie, że będę czytać, czytać, czytać i... czytać. Że dużo książek przeczytam, zwłaszcza tych należących do rodzaju tzw. guilty pleasures (ktoś zna jakiś sensowny polski odpowiednik tego związku?).

Na początku wakacji składam sobie taką obietnicę, a chwilę po tym mówię sobie szczerze, że to przecież nie wyjdzie i dobrze o tym wiem!

Dlaczego?

Od kilku lat staram się spędzać wakacje aktywnie. Tak aktywnie, by chciało mi się spać o 22:00, a wstać o 6:00 rano. Lub o 9:00, w zależności od rodzaju wysiłku. W tym roku przeszłam w sumie chyba prawie 400 km, przejechałam rowerem 240, włóczyłam się po wielkich miastach, po miasteczkach i po wioskach, po polach i lasach. W Polsce i za granicą. Spałam w schroniskach, na kwaterach, na podłodze, w śpiworze, na skrzypiących łóżkach, w namiocie... 

Czy wysiłek fizyczny nie sprzyja czytaniu? Nie, jeśli już o 22:00 chce ci się spać :). Ale muszę przyznać, że po pierwszej części moich wakacji byłam po prostu wygłodzona książkowo - wprost nie mogłam się doczekać, kiedy w końcu coś przeczytam! Po powrocie do kraju oprócz nowej sukienki zakupiłam więc też powieść...

niedziela, 5 lipca 2015

Dzieci idą na wojnę. Seria "Wojny dorosłych - historie dzieci"

Na 42 Doroczną Konferencję Children's Literature Association, która w tym roku odbywała się w Richmond w stanie Wirginia, postanowiłam przygotować referat o współczesnych polskich książkach dla dzieci o II wojnie światowej. A konkretnie - o tych książkach, których bohaterkami się dziewczynki. Po lekturze wszystkich książek z serii, zdecydowałam się na te trzy (dlaczego na te - wyjaśnienie jest w prezentacji, do której link jest na samym końcu wpisu...):

Jeśli śledzicie mojego Instagrama, możecie już znać to zdjęcie :).
Jeśli nie, zapraszam: @lekcje_polskiego



Ok, ale, ale, zaraz, zaraz, jeszcze raz... II wojna światowa + książka dla dzieci? Czy nam się coś nie przywidziało?

sobota, 4 lipca 2015

Siesicka i ja

Jedno z moich jezior osobliwości - w maju



Krystyna Siesicka i ja... To nie był łatwy związek. Powiedziałabym nawet raczej, że był niełatwy i przelotny. Jej książki wydawały mi się - miłośniczce wszystkiego, co napisała Lucy Maud Montgomery - zbyt prawdziwe. Nagle życie nastolatka okazywało się trudne, konieczność dokonywania wyborów - bolesna, problemy - dorosłe. I jeszcze narracja była czasem jakaś taka... mało przejrzysta. Jednym zdaniem - powieści Siesickiej (te, które znam) polecam nastolatkom, które lubią czytać o trudnym życiu innych nastolatek.


Dlatego nie było mi łatwo stać się wierną, pochłaniającą wszystko, co wyszło spod ręki autorki, czytelniczką Krystyny Siesickiej. Mimo tego przeczytałam kilka jej powieści. Z tego, co pamiętam - cztery. Były to: Zapałka na zakręcie, Jezioro osobliwości (piękny tytuł swoją drogą!), Beethoven i dżinsy (książka, którą sama sobie kupiłam!) oraz Dziewczyna Mistrza Gry.

niedziela, 28 czerwca 2015

Porozmawiajmy o śmierci. "Chłopcy z Placu Broni" po raz drugi

{Pierwszy wpis z "Chłopcami..." w roli głównej znajdziecie tu: klik!}


Zdjęcie z mojej pierwszej wycieczki do Budapesztu.
Sierpień 2010

- Proszę pani, dla mnie najdziwniejsze było to, że oni [koledzy Nemeczka] w ogóle nie przejęli się jego śmiercią. Zachowywali się tak, jakby nic się nie stało! - powiedział M. na pierwszej lekcji poświęconej lekturze.

Hoho - pomyślałam. - Grubo. Byłam przygotowana na rozmowę o śmierci biednego Erno Nemeczka, ale nie na taką. Chciałam raczej pytać o jej przyczyny, o honor - czy chłopcy dobrze go rozumieli - o to, czy bitwy mają sens, czy Nemeczek umarł na darmo?

piątek, 26 czerwca 2015

Kiedy trzeba poważnie porozmawiać. "Chłopcy z Placu Broni" Ferenca Molnara

Zawsze pisałam tu tylko o lekcjach w gimnazjum, odkąd jednak blog zmienił formułę (w zasadzie powoli, powoli ją zmienia), uznałam, że jest jednak sens w pisaniu o wszystkim, co robię w szkole :).

Może to dziwne, że piszę o lekturze, ostatniej, którą omawialiśmy w tym roku szkolnym, w pierwszy dzień wakacji. Ale, jak wiedzą wszyscy nauczyciele - czas w czerwcu płynie szybko, jeszcze szybciej niż w pozostałe dni roku szkolnego. A dobre pomysły warto uwieczniać niezależnie od tego, jaki dzień właśnie mamy.

Chłopców z Placu Broni nie omawiałam nigdy wcześniej. W tym roku zdecydowałam się na tę lekturę dzięki jednemu z uczniów oraz dzięki moim studentom, z którymi omawiałam tę powieść na zajęciach z literatury dziecięcej i młodzieżowej.

"Warto spróbować" - pomyślałam.

I rzeczywiście było warto.

Od początku wiedziałam, że skoro omawiamy tę lekturę w czerwcu, to odpadają zadania na ocenę, długie prace domowe. Postanowiłam skupić się na przedyskutowaniu różnych treści. Jakich? To podpowiedziały dzieci (spostrzegawcze bestie!).

Problem nr 1 - KONFLIKTY

- Proszę pani, to bez sensu, że oni się bili. Nie mogli się jakoś dogadać i razem zagrać w tę piłkę? - mówi uczeń.
- W palanta - poprawia go drugi.
- W palanta.

Takie pytanie pojawiło się podczas rozmowy wstępnej o przeczytanej lekturze. Generalnie wszyscy uważali, że walka chłopców z Placu z chłopcami z Ogrodu była bezsensowna i przyniosła więcej złego niż dobrego.

Co zrobiłam? 
Najpierw była burza mózgów i odpowiedź na dwa pytania:
  1. Kim jesteśmy?
  2. Jacy jesteśmy?
Oczywiście chytrym mym planem było pokazanie, że więcej nas łączy niż dzieli oraz że mimo występujących różnic uczniowie w V SP potrafią się dogadać.

To zdjęcie znają fani mojego profilu na Facebooku :).
Było jednym z pierwszych w konkursie #jakatolektura.
Potem podzieliłam klasę na dwa zespoły. Jeden zespół zestawił sobie stoły pod ścianą, drugi pod oknem. Zespoły zrobiły podobną burzę mózgów, odpowiadając na pytania:
  1. Kim byli chłopcy z Ogrodu/Placu?
  2. Jacy byli chłopcy z Ogrodu/Placu?
Żałuję, że nie sfotografowałam ich odpowiedzi. Może jeszcze znajdą się gdzieś w pracowni... 

Po kilkunastu minutach przedstawiciele drużyn usiedli w oddzielnych ławkach i porównali swoje odpowiedzi, szukając tego, co łączy chłopców z Placu i Ogrodu (Czerwone Koszule vel. czerwonoskórych).

Pokazanie, że chłopców co nieco łączyło, miało na celu podkreślenie, że jednak byli do siebie podobni, że bazując tych podobieństwach jednak mogli choć próbować się dogadać. Wybrali jednak wojenną ścieżkę...

Tutaj w dyskusji padły ważne pytania - czy łatwo jest unikać konfliktów? Jakie są źródła konfliktów? Czy ważniejsze jest to, co nas dzieli, czy to, co różni?

Jak widać, oprócz sprawdzenia, czy uczniowie zrozumieli i pamiętają treść lektury oraz czy potrafią dokonać charakterystyki (czy też wykonać notatkę do charakterystyki) grupy, zyskałam coś jeszcze - uczniowie wyrażali własne zdanie, uzasadniali je, emocje związane z lekturą tylko pomogły nam w lekcji. 

Nawet jeśli te ważne pytania, dorosłe pytania o konflikty, są teraz dla V SP niezbyt ważne, to mam nadzieję, że powrócą w przyszłości. Że historia chłopców wróci do nich i zmusi do przemyśleń.

Warto już w szkole podstawowej rozmawiać na poważne, trudne tematy przy okazji lektur. To świetne przygotowanie do życia jako takiego. Myślę, że to zdanie nie tylko moje, ale też wielu nauczycieli języka polskiego w klasach IV-VI.

W następnym odcinku problem nr 2 - śmierć.

wtorek, 16 czerwca 2015

Warto pozwolić uczniom działać! O inscenizacjach raz jeszcze

Kolejny raz "Z legend dawnego Egiptu" :)
Tak, tak, wiem, że rok szkolny dobija do końca (pędząc po wzburzonym morzu ostatnich poprawianych ocen...), ale chciałam jeszcze poczynić mały przypis do poprzedniego wpisu o inscenizacjach. Chciałam raz jeszcze wrócić do inscenizacji noweli Bolesława Prusa, które nie tak dawno temu zadałam swojej klasie. Chwaliłam się tym faktem na swoim oraz szkolnym Facebooku, a gdybym wtedy miała konto na Instagramie, też bym się pochwaliła :).


Dlaczego Prus? Bo jest w podstawie programowej, oczywiście. Poza tym wcześniej już omówiłam dość szczegółowo Dobrą panią Orzeszkowej. Chciałam, by przeczytali inną nowelę, ale by to oni włożyli pewien wysiłek w poznanie tekstu. Inscenizacja miała im to ułatwić.

Forma pracy, czyli podział klasy na grupy i wyznaczenie każdej innej noweli była kalką pomysłu mojej koleżanki po fachu (dzięki Asiu, o Tobie piszę :) ). Pomysł ten dotyczył obchodów Dnia Niepodległości w naszej szkole (więcej na ten temat tu: http://spoleczna.bytom.pl/2014/11/swieto-niepodleglosci-obchodzimy-bo-nas-obchodzi/). Okazało się wtedy, że uczniowie całkiem nieźle radzą sobie z przełożeniem prozy na scenariusz scenki...

Co trzeba było zrobić? Usiąść i napisać instrukcję dla uczniów, podzielić ich na grupy, podać termin wykonania zadania i upewnić się, czy zrozumieli. A, pozwolić im jeszcze zrobić 2 próby w szkole. Potem wystarczyło już tylko obejrzeć scenki i wystawić oceny :). 

Na tym jednak moja praca się nie skończyła. Zadałam im ponadto napisanie streszczenia oraz planu wylosowanej noweli. Praca podlegała ocenie. Te najlepsze scaliłam w jedną notatkę, którą skserowałam dla wszystkich uczniów. Czyli też musiałam tu trochę popracować :). 

Czy notatka przetrwa próbę czasu? Czy uczniowie rzeczywiście zapamiętali treść noweli? Czas pokaże... Jestem jednak dobrej myśli :).

wtorek, 9 czerwca 2015

Inscenizacje (i nie tylko), które zdały egzamin

"Świętoszek"
Na początku muszę przyznać, że nie czuję się specjalistką w temacie "teatr na lekcjach języka polskiego" - wprost przeciwnie, uważam, że to u mnie najbardziej zaniedbany temat. (Być może zaniedbany też na języku polskim w ogóle?) Co prawda na kulturoznawstwie, które studiowałam dwa lata, miałam przedmioty "teatralne" (wstęp do wiedzy o teatrze i historię teatru powszechnego), które bardzo dobrze wspominam i które bardzo przydają się, kiedy omawiamy dramaty w gimnazjum, ale... Cóż, sama smykałki do tworzenia teatru na lekcjach jakoś jeszcze w sobie nie odkryłam. 

Zdaje się jednak, że odkryć muszę, bo moje obecne klasy (V SP i I gimnazjum) przyznają, że chciałyby więcej scenek i "teatrzyku" na lekcjach polskiego...

wtorek, 19 maja 2015

Lekcje Polskiego i "Tożsamość kobiet w Polsce"

Organizatorzy zadbali o ładny wygląd materiałów dla uczestników
(tu przepraszam za słabą jakość zdjęcia).
Jako że pracuję nie tylko w szkole, ale i na uniwersytecie, mam przyjemność co jakiś czas uczestniczyć w konferencjach naukowych. W styczniu pisałam o warszawskiej "Geografii Krain Zmyślonych" (krótką relację można przeczytać tu: http://www.lekcjepolskiego.com/2015/01/lekcje-polskiego-na-geografii-krain.html), dziś natomiast chcę podzielić się wrażeniami z olsztyńskiej konferencji "Tożsamość kobiet w Polsce. Próba wizerunku od czasów najdawniejszych do współczesności".

Muszę przyznać, że było to jedno z ciekawszych spotkań naukowych w moim (niedługim, ale jednak już jakiś czas trwającym) naukowym życiu. Na Centrum Nauk Humanistycznym Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego spotkali się adepci i specjaliści z wielu dziedzin: filologii polskiej, socjologii, psychologii, historii, historii sztuki, historii prawa, dziennikarstwa, etnologii, antropologii, teatrologii, teologii... Miałam okazję wysłuchać kilkunastu (jeśli nie kilkudziesięciu) inspirujących i poszerzających wiedzę oraz horyzonty wystąpień. Brałam udział w dyskusjach, których jakoś nie chciało kończyć się równo z przerwą na kawę... Pozostał tylko cichy żal, że uczestników spotkania było tak wielu, iż trzeba było podzielić obrady na sesje, co, jak wiemy, uniemożliwia wysłuchanie wszystkich referatów. Z drugiej strony to świetnie, że zgłosiło się tyle osób, które połączył tak ciekawy temat!

Miejsce obrad w dniach 14-15 maja 2015 r.

Czego wysłuchałam i o czym dyskutowałam na konferencji? Wiele dowiedziałam się o kobietach żyjących w czasach saskich, o kobietach, które w czasach obowiązywania Kodeksu Napoleona wnosiły o rozwiązanie małżeństwa, o Oskarze Kolbergu i jego ideale piękna... Poznałam kobiety-kolekcjonerki sztuki, dowiedziałam się, jak nacechowany jest w środowisku wyraz "teolożka", gdzie była Martyna Wojciechowska i kim są bohaterki jej programu oraz książek oraz jaką rolę pełni policjantka w polskim serialu kryminalnym. Niektóre z tych informacji stanowią inspirację nie tylko naukową, ale także - dydaktyczną. Kto wie, kiedy przydadzą się w szkole :).

Pełen program konferencji tutaj: http://konferencjakobiety.wix.com/konferencja-kobiet.

Najbardziej intrygującym elementem kolekcji jest kamień grobowy bohaterów, którzy nigdy nie istnieli... Zdjęcie prezentacji dr Kamili Kłudkiewicz z UAM (referat: Tożsamość kolekcjonerki sztuki. Polskie kolekcjonerki od poł. XVIII wieku).

Zdjęcie egzemplarza poradnika znajdującego się
w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej
Jeśli chodzi o mnie, to trafiłam do bardzo dobrej sekcji "poradnikowej" :). Tytuł mojego referatu brzmiał: "Pani domu czasów okupacji – wizerunek kobiety w książce Nie wyrzucaj pieniędzy za okno: Poradnik dla pani domu Marii Krüger i Haliny Bielińskiej". Mówiłam o niewielkich rozmiarów książeczce wydanej w Krakowie 1940 roku, której autorki postawiły sobie za cel podać paniom domu kilka porad dotyczących oszczędnego, a nawet bardzo oszczędnego gospodarowania w niełatwych czasach początku okupacji. Marii Krüger poświęcona była moja praca doktorska, w niej jednak pisałam o powieściach tej autorki, Poradnik pojawił się tam tylko, jeśli mnie pamięć nie myli, w jednym miejscu. Należał mu się jednak osobny artykuł.

Mimo iż dzięki trwającej Kortowiadzie (czyli juwenaliom UWM) spóźniłam się na autobus powrotny, konferencję będę wspominać bardzo dobrze. Organizatorom należą się wielkie brawa za pomysł konferencji i panujący podczas całego spotkania porządek - obrady zaczynały się o czasie, dyscypliny czasowej pilnowano, dyskusje były dobrze prowadzone. Mam nadzieję, że a) w przyszłym roku spotkamy się na podobnej imprezie b) monografia pokonferencyjna wyjdzie szybko, bo już nie mogę doczekać się lektury wszystkich artykułów :).


Na koniec dwa fotograficzne dodatki. 


Zaraz obok Wydziału Humanistycznego jest Wydział Medycyny Weterynaryjnej, a obok niego...


Czwartek, przed 15.00. Kortowiada dopiero się zaczyna. Przybywającym tłumom nie straszne ciemne chmury...




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...