czwartek, 29 października 2015

Katniss, Peeta i banda chłopców na bezludnej wyspie


Proszę przyznać się (w duchu) - kto czeka na drugą część Kosogłosa? Ja - zdecydowanie!

Jestem fanką serii Igrzyska Śmierci, stworzonej przez Suzanne Collins, od czasu obejrzenia pierwszego zwiastuna pierwszego filmu. To właśnie on zachęcił mnie, bym w końcu sięgnęła po książki, które wcześniej jakoś omijałam... Opis na tylnej okładce nie wydawał mi się zbytnio interesujący; spodziewałam się po nim raczej produkcji jakościowo zbliżonej do Zmierzchu. Cóż, miałam przyjemną niespodziankę!


Igrzyska Śmierci - ekranizacja


Najpierw, w 2012 roku, obejrzałam ten film sama, a potem z uczniami - do kina zabrałam swoją klasę wychowawczą. Po seansie oczywiście omówiliśmy Igrzyska... na lekcji polskiego. Moja klasa to był zbiór sceptyków, więc najpierw posypały się słowa krytyki :), ale wiem, że część osób sięgnęła po książkę i na pewno czeka na ostatnią część filmowej opowieści. 

Słowem - jeśli chodzi o Igrzyska Śmierci, to lubię i książkę, i film.


Igrzyska... na polskim


W tym roku szkolnym miałam (mimo próśb niektórych uczniów, wyrażanych jednak raczej słabym głosem) nie oglądać Igrzysk na lekcji. Los jednak zadecydował inaczej ;). Otóż omawiałam jedną z moich ulubionych powieści - Władcę Much Williama Goldinga - i robiłam zaplanowaną lekcję dotyczącą opisu przeżyć wewnętrznych ściganego przez bandę dzikusów Ralfa. Wtedy właśnie zdecydowałam, że może dobrze byłoby jednak obejrzeć ekranizację powieści Collins. Bo przecież w Igrzyskach jest narracja pierwszoosobowa, bohaterka-narratorka dzieli się z czytelnikiem swoimi przemyśleniami, a i uczuciami także. Od myślenia przeszłam do wymyślania.

Przygotowałam dla uczniów fragment powieści, w którym opisane są dożynki i losowanie. Najpierw wspólnie go czytaliśmy i analizowaliśmy, nazywając uczucia głównej bohaterki. Potem przyszedł czas na film. Scenę dożynek obejrzeliśmy, by porównać materiał powieściowy z filmowym.



Film dla filmu


Oczywiście takie porównania są cenne, ale warto obejrzeć czasem film dla samego filmu. Stąd też na następnej lekcji znowu obejrzeliśmy scenę dożynek, tym razem zwracając uwagę na filmowe środki wyrazu. Aby ułatwić pracę sobie i uczniom, przygotowałam kartę pracy.

Polecam dokładne przyjrzenie się scenie losowania. Przeważają w niej zbliżenia na twarze (choć nie tylko twarze) bohaterów, w związku z czym widzimy, jak aktorzy grają jedynie mimiką. Mieszkańcy 12 dystryktu mają na sobie jasne, dość biednie wyglądające ubrania, cała sceneria jest trochę szara, trochę niebieska i zimna. Z wyglądem i zachowaniem mieszkańców silnie kontrastuje postać Effie (ale nie tylko ona!). Ważna w tej scenie jest także muzyka, której... nie ma. Te i inne wnioski zapełniły pierwszą stronę naszej karty pracy.

Jeśli chcesz, wykorzystaj tę kartę pracy, zostaw na niej jednak mój podpis. Jeśli chciałabyś otrzymać ją w formacie pdf, napisz, podzielę się :).


Co jeszcze można obejrzeć?


Z Igrzysk wybrałam jeszcze cztery sceny: prezentację trybutów, rozmowę Snowa ze Seneką na temat nadziei, talk-show z trybutami oraz rozmowę Peety z Katniss noc przed rozpoczęciem Głodowych Igrzysk. Tutaj chodziło mi o pokazanie, że ze śmierci uczyniono widowisko bardzo podobne do tego, o którym czytaliśmy w Quo vadis? oraz niebezpiecznie nam współczesne (talent-show, w którym wygrywa nie ten, kto pięknie śpiewa, ale ten, kto najlepiej zabija...).

Ostatnie pytanie dotyczące Igrzysk sprawiło, że mogliśmy wrócić do Władcy Much. Rozmawialiśmy o tym, czy chłopcy, bohaterowie powieści Goldinga, którzy w wyniku katastrofy lotniczej znaleźli się sami na bezludnej wyspie, pozostali sobą. 



Co nam dały te lekcje?


Powiedzieć, że dużo zabawy, byłoby tu niestosowne. A jednak lekcje były interesujące - przynajmniej dla mnie :). Nie dość, że zobaczyliśmy, jak może wyglądać opis przeżyć wewnętrznych inny od tego, który tworzyliśmy na lekcji, to jeszcze zrobiliśmy analizę i interpretację filmu. Wszystko to jest w PP dla gimnazjum :). O aspekcie wychowawczym nie wspomnę...

Można zapytać na koniec, jak uczniom poszła praca domowa (ww. opis przeżyć). Hm, większość dostała bdb. Tak, też byłam zdziwiona :).

Użyte w poście zdjęcia to rzuty ekranu zrobione przeze mnie w trakcie oglądania. Jestem szczęśliwą posiadaczką DVD z filmem.



środa, 21 października 2015

Porozmawiajmy o pogodzie. Lekcje Polskiego w Kanadzie, cz. III

O czym można rozmawiać z nowo poznanymi osobami? Polityka  międzynarodowa, stan konta czy wybryki dzieci nie są zbyt fortunnymi tematami... Ale pogoda! Och, o pogodzie można gadać i gadać...

- Ładną dziś mamy pogodę!
- Tak, ładną. Mam nadzieję, że to się utrzyma.
- Tak, ja też. Choć na przyszły tydzień zapowiadają opady.
- Opady? To niemożliwie. Trudno w to uwierzyć, kiedy nadal słońce tak mocno świeci.
- A jednak. Takie są prognozy.
- Prognozy prognozami, a życie życiem. Może jeszcze będzie ładnie.
- Może. Ale w listopadzie to już na pewno spadnie deszcz.
- Tak...

Można by ten dialog pisać w nieskończoność...

Pogoda na lekcji


Nie znałam uczniów, z którymi miałam przeprowadzić lekcje w Kanadzie, dlatego zdecydowałam się właśnie na lekcję o pogodzie. Pisząc "nie znałam" mam na myśli głównie to, że nie wiedziałam, jaki poziom znajomości języka polskiego prezentują uczniowie. Lekcja, którą sobie zaprojektowałam, była jednak dość elastyczna - jej trudność można było dostosować do uczniów.

Nie chcę tu pisać, gdzie lekcja poszła najlepiej, gdzie najgorzej, bo w każdej z trzech grup wyszła po prostu... inaczej. Każdy nauczyciel wie przecież, że nie ma dwóch podobnych lekcji...

Skrócony konspekt lekcji można pobrać tutaj: klik! klik! W tym wpisie opiszę tylko trzy z kilku części lekcji. Te najciekawsze rzecz jasna :).

Zaznaczam też, że lekcja została przygotowana jako lekcja języka polskiego jako obcego. Czyli dziś mamy trzy łyki glottodydaktyki :).

Do lektury poprzednich kanadyjskich postów zapraszam tu:


Pogodowa pocztówka



Na początku lekcji uczniowie dostali kartki pocztowe z rysunkami przedstawiającymi różne stany atmosfery. Rysunki, co słabo widać na zdjęciu, są podpisane. Tę i inne kartki zaprojektowano dla Szkoły Języka i Kultury Polskiej UŚ i świetnie sprawdzają się jako pomoc naukowa w nauczaniu języka polskiego jako obcego. 

Oczywiście niektórzy uczniowie znali już sformułowania "pada deszcz", "świeci słońce", "jest burza", ale niektórzy - nie. Z pomocą tej pocztówki większość uczniów była w stanie odpowiedzieć na pytanie o pogodę za oknem, pogodę wczoraj, jesienną czy zimową. Kartki przydały się też pod koniec lekcji.

Julian Tuwim i jego strofy


Kto zgadnie do jakiej strofy to ilustracja?


Na lekcji przeczytaliśmy także fragmenty wiersza Strofy o późnym lecie Juliana Tuwima. W szkole w Polsce zostałaby omówiona budowa wiersza, środki poetyckie, wrażenia czytającego itp. Sami zresztą najlepiej wiecie :). Dla mnie ten wiersz stał się bazą słów związanych z nazywaniem elementów krajobrazu. Dzięki lekturze wiersza uczniowie poznali też nowe słowa (np. "drzemie" czy "bujny").

Sprawdziłam także rozumienie globalne czytanego tekstu. Uczniowie mieli za zadanie dopasować kolejne zwrotki do rysunków. O wykonanie ilustracji do każdej ze strof poprosiłam swoich szóstoklasistów. Tak, zawiozłam ich rysunki za ocean... (To mi przypomina, że należą im się za to oceny!) Uczniowie nie mieli większych problemów z dopasowaniem słów do obrazów.

Na pierwszej prowadzonej lekcji zaprezentowałam wszystkie 17 prac moich uczniów. Okazało się jednak, że to trochę za dużo i zupełnie wystarczy jeden rysunek do jednej zwrotki.

Butelki z porami roku




U Tuwima czytamy "Lato, w butelki rozlane, na półkach słodem się burzy". A gdyby tak inne pory roku też wlać do butelki? I zrobić z tego ćwiczenie leksykalne?

Uczniowie dostali kartę pracy z butelkami (tak, tę wyżej) i wpisywali w nich wyrazy kojarzące się z kolejnymi porami roku. Można było korzystać z tekstu wiersza, można było "ściągać" z pogodnej pocztówki.

Główne cele lekcji - powtórzenie słownictwa związanego z porami roku i pogodą - osiągnięto! Oczywiście zaplanowałam sobie trochę więcej, tak na wszelki wypadek :). W końcu najtrudniej jest zaplanować lekcję dla klasy, której się w ogóle nie zna. Najlepiej wtedy jest mieć kilka wariantów działania i w razie czego dostosować ćwiczenia i tok lekcji do uczniów.

Gdybym miała okazję zamiast jednej lekcji poprowadzić dwie z każdą klasą, zrobiłabym na pewno więcej i bardziej postawiła na odpytywanie uczniów :).

Czy są tu może glottodydaktycy? Jeśli tak, chętnie poczytam Wasze komentarze do tej lekcji.


czwartek, 15 października 2015

Jak się ubrać, w co się ubrać?

W ubiegły czwartek (czyli tydzień temu) dość spontanicznie opublikowałam wpis Kolczyk, tatuaż, dziurawe dżinsy... Jak się ubrać, nauczyciele?. Zupełnie nieoczekiwanie dla mnie samej pod postem pojawiło się wiele ciekawych komentarzy. Również na facebookowej grupie Nauczyciele można do dziś przeczytać komentarze moich kolegów, a raczej koleżanek po fachu.

Zdaję sobie sprawę, że w szkole są problemy o wiele ważniejsze niż kwestia ubioru nauczycieli. Są plany wynikowe, wychowawcze i profilaktyczne, przemoc, cyberprzemoc, niezdrowe jedzenie, telefony na lekcji, ściąganie, Marcin z Vc, co nie chce uczyć się, zepsuty czajnik w pokoju nauczycielskim, brak pomysłów na Dzień Niepodległości itp. A do tego jeszcze - dydaktyka! Warto jednak czasem odłożyć na bok te ciężkie Norwidy i porozmawiać o czymś lekkim i przyjemnym... Choć, sądząc po tym, co pisałyście w komentarzach - wcale nie tak lekkim.

Czy w szkole obowiązuje dress code? Czy powinien obowiązywać dress code? Czujemy, że odpowiedź na oba pytania jest twierdząca. W komentarzach pojawiały się próby opisu nauczycielskiego stylu i ubioru stosownego do pracy. Naprawdę bardzo polecam ich lekturę pod zalinkowanym wpisem. Nie chcąc za bardzo się rozpisywać oraz powtarzać, ujęłam Wasze przemyślenia w pięć haseł. Oto i one. 

Pytanie: jak powinna ubierać się nauczycielka? 
(Przepraszam, panowie, nie wypowiadaliście się na ten temat...)




  1. Wygodnie. Bo, wiadomo, dzieci (szczególnie młodsze) lubią pohasać i czasem trzeba za nimi gonić, podczas dyżurów jest trochę stania lub chodzenia, zbyt sztywna marynarka uniemożliwi nam napisanie czegoś wysoko na tablicy, wąska spódnica oznacza, że ciężko będzie się schylić, buty na wysokim obcasie + śliska podłoga na korytarzu... I tak dalej... Nasza praca nie polega na siedzeniu przy biurku... A przynajmniej nie ta w szkole.
  2. Schludnie. No, to chyba nie wymaga zbytniego komentarza :). Dodam tylko, że po pracy zdarza mi się nie wyglądać schludnie. Lubię czarne rzeczy, a wszystkie tablice mam na zwykłą kredę... 
  3. Przyzwoicie. Tutaj wiele osób pisało "nie za krótko", bez wielkich dekoltów, unikamy przezroczystych rzeczy itp. Wiadomo. To uniwersalne zasady, które - tak myślę - obowiązują w wielu miejscach pracy. Punkt 3. łączy się z punktem 2. I tu polecam świetny i krótki artykuł o tychże zasadach: http://dreskot.pl/blog/2014/07/18/u-was-dress-code-nie-obowiazuje-to-nieprawda/
  4. Normalnie. Pisałyście: w pracy jestem sobą. Rozumiem to tak, że jako osoba preferująca styl tzw. swobodny codzienny (casual) nie wbijam się do pracy w spódnicę, bluzkę z kołnierzykiem i czółenka, bo będę przebrana, nie ubrana. I na odwrót. Jeśli lubię czółenka, umiem chodzić na wysokich obcasach i jeszcze nigdy w pracy nie wywinęłam orła, w mojej szafie są same spódnice i bluzki, to nie widzę powodu, by wbijać się w dżinsy i sweter.
  5. Elegancko. W komentarzach padło pytanie o wywiadówki. Jak się na nie ubieracie? Niektóre z Was pisały, że starają się być nieco bardziej eleganckie (smart casual - styl swobodny staranny) niż na co dzień, inne - że nie ma na to czasu... Ja myślę, że jeśli ktoś lubi (jak w punkcie 4.) ubierać się elegancko do pracy, to niech tak się właśnie ubiera. Te naprawdę eleganckie stroje i tak zarezerwowane są na różnego typu szkolne uroczystości
Tyle wcale niekrótkiego, ale też niepełnego, podsumowania Waszych przemyśleń. Bardzo dziękuję za komentarze, zachęcam do zostawiania kolejnych :).

Na koniec chcę jeszcze powiedzieć o trzech kwestiach, które pojawiły się w dyskusji. Ważne, by strój nie rozpraszał ucznia. Młodzież ma się skupiać na nauce, nie na naszych butach, hehe. Dodam jednak, że mnie zdarzało się przyjść w czymś nowym do szkoły, rozproszyć tym nieco uczniów, a po dwóch-trzech dniach nie robić już na nich tym samym ciuchem żadnego wrażenia.

Po drugie i prawie ostatnie: najważniejsze jest to, co mamy w głowach i jak to przekazujemy dalej. Nie strój będzie dodatkiem do naszego wspaniałego mózgu, nie na odwrót ;).

Ostatnia rzecz... Tatuaże i kolczyki. W komentarzach wypowiadały się osoby, które mają tatuaże, uczą i żyją! W przypadku tych ozdób (tak, dla mnie dobrze zrobiony tatuaż to ozdoba) oraz percingu w widocznym miejscu innym niż uszy trzeba być nadal (to wynikało z komentarzy) ostrożną. Są szkoły, gdzie nikomu to nie przeszkadza, są takie, gdzie przeszkadza bardzo. A jeśli w danej szkole nie pozwala się uczniom na kolczyk w nosie i tatuaż, to moim zdaniem hipokryzją byłoby, gdyby nauczycieli obowiązywały inne zasady. Tak, porzekadło "co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie", należy odłożyć do lamusa. (Dlaczego? Polecam m.in ten tekst: klik!). 

Przydałaby się także rada dla nauczycielek zaczynających pracę. Nie wiecie, jak się ubrać? Podpatrujcie starsze stażem koleżanki. Na początek to wystarczy :).

Czy to mój ostatni głos w kwestii ubrań? Nie! Nowy wpis nie powstanie jednak bez Waszej pomocy. Czy dyrekcja szkoły powinna tworzyć regulaminy dotyczące ubioru pracowników? Czy w Waszej szkole takie regulaminy istnieją? Proszę o odpowiedzi (bardzo, bardzo proszę... :) ).


poniedziałek, 12 października 2015

O tym, jak myślałam, że umiem uczyć

Miał być cykl postów kanadyjskich, jednak prawdziwych hitem i tematem, który zaangażował czytelników, był ten o ubiorze nauczyciela. Jeszcze raz dziękuję za wszystkie komentarze na blogu i na Facebooku (w grupie Nauczyciele) i obiecuję, że jeszcze wrócę do tego tematu. Na swoim profilu na Fb w zasadzie od niego nie odeszłam, więc jeśli ktoś ma ochotę pooglądać nauczycielskie "ałtfity" (stroje) - zapraszam!


Podręczniki do nauczania języka polskiego jako obcego: Bawimy się w polski i Dzień dobry!

Wracając jednak do lekcji w szkołach polskich (i dwujęzycznej szkole) w Kanadzie... Jeśli myślcie, że jesteście dobrymi polonistami - to dobrze! Potraficie uczyć i nauczyć, zainteresować uczniów tematem, sprawić, by literatura, język, film czy teatr nie miały przed nimi tajemnic. A teraz wyobraźcie sobie, że idziecie do szkoły, w której dzieci na co dzień nie mówią po polsku lub mówią w tym języku tylko z rodzicami. Że nie jest to ich pierwszy, a drugi język, język dziedziczony, ale znany raczej biernie niż czynnie.

Macie to?

Jeśli tak, w tym momencie zdacie sobie także sprawę, że dydaktyka języka polskiego powinna w przypadku takich uczniów zamienić się w glottodydaktykę. Przejście to nie jest łatwe (dla mnie nie było), ale nie jest niemożliwe. Idąc na studia podyplomowe w zakresie nauczania polskiego jako obcego, myślałam sobie - hehe, co to dla mnie, no przecież uczę na co dzień w szkole, mam już swoje sprawdzone metody i formy pracy, a i na nowości jestem otwarta. Dam radę!

Cóż, okazało się, że, owszem, dam, ale bez przygotowania teoretycznego i obserwacji lekcji lektorów polskiego jako obcego byłoby ciężko. Dlaczego?

Przypomnijcie sobie lekcje języka angielskiego, niemieckiego, rosyjskiego czy jakiegokolwiek innego, na który chodziliście. Czytaliście poezję w tych językach? Opowiadania, powieści, reportaże, wywiady? Oglądaliście filmy i spektakle w oryginale? Omawialiście na ich podstawie uniwersalne prawdy filozoficzne? Dyskutowaliście? Hm? Może. Ale raczej nie.

Na języku obcym uczymy się słownictwa, gramatyki, porozumiewania się w podstawowych sytuacjach komunikacyjnych. Można oczywiście uczyć języka przy pomocy literatury, ale to dotyczy raczej starszych uczniów. Przede wszystkim, aby uczyć polskiego jako obcego trzeba mieć dużą wiedzę i świadomość gramatyczną. Nie będę się jednak tutaj rozpisywać na temat metodyki, chciałam tylko, byście uzmysłowili sobie różnicę między nauczaniem polskiego w Polsce, a za granicą (czy też nauczaniem obcokrajowców). Bardzo podziwiam nauczycielki z Kanady, które z wielkim zapałem podchodzą do swoich uczniów i pragną przekazać im nie tylko język, ale też stojącą za nim kulturę, tradycję, literaturę. Wiele się na tym (i na białoruskim) wyjeździe od nich nauczyłam.

W naszych szkołach coraz częściej pojawiają się uczniowie, których rodzice kilka, kilkanaście lat temu wyjechali za granicę, a teraz - z różnych przyczyn - wracają. Warto dla nich zainteresować się metodami glottodydaktycznymi. Poczytać, a może nawet pójść na studia? Dla zainteresowanych dodam, że na stronie Szkoły Języka i Kultury Polskiej UŚ znajduje się kilka wskazówek bibliograficznych, spis podręczników, dwa programy wspomagające naukę polskiego: http://prac.us.edu.pl/~sjikp/.

Moja przygoda z glottodydaktyką dopiero się zaczyna. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miała możliwość pracy z uczącymi się polskiego za granicą. Bardzo się cieszę, że dano mi szansę sprawdzenia się w ubiegłym roku na Białorusi i teraz w Kanadzie. Rozwinęło mnie to również jako nauczycielkę tutaj, w SP i gimnazjum. Myślałam, że umiem uczyć - ale przecież w naszym zawodzie co rok, co miesiąc, a nawet co dzień nauczyciel zdobywa nową wiedzę. O sobie, o uczniu, o świecie. Parafrazując znaną i lubianą poetkę: Żaden dzień się nie powtórzy, nie ma dwóch podobnych lekcji...

Następny kanadyjski wpis poświęcę w końcu prowadzonym przez siebie lekcjom :).

czwartek, 8 października 2015

Kolczyk, tatuaż, dziurawe dżinsy... Jak się ubrać, nauczyciele?

Miałam napisać o Strofach o późnym lecie Tuwima. Miałam wstawić świetne obrazki dzieci z klasy VI. Miałam pochwalić uczniów uczących się polskiego w Kanadzie. Ale spojrzałam w lustro...

Kiedy zaczynałam pracę nauczycielki języka polskiego (i asystenta na filologii polskiej) jednym z moich zmartwień było: w co się ubrać do pracy? Prawdę mówiąc, od czasu da czasu nadal mam takie dylematy. Jadąc na Białoruś zastanawiałam się, czy moje sukienki nie są zbyt dresowe do prowadzenia lekcji. Okazało się, że nie. To spodnie pani, z którą współprowadziłam warsztaty, wywołały zdumienie białoruskich nauczycielek... Pakując się do Kanady, tak na wszelki wypadek, oprócz martensów, wzięłam też czółenka. Przydały się raz... Na wyjście na koncert muzyki poważnej. W tamtejszych szkołach nauczycielki były ubrane zwyczajnie (dżinsowe spodnie, koszulki, swetry) lub bardziej elegancko (wysokie buty, spódnice, marynarki). Niestety, nie zdążyłam porozmawiać z nimi o dress code w pracy.

Niedawna rozmowa ze studentką-praktykantką sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać, na ile nauczyciel może sobie w sprawie ubioru pozwolić. Ile kolczyków może mieć? Czy wypada zrobić sobie tatuaż? Czy wolno mi przyjść do pracy w modnych (czasem modnych, czasem nie...) spodniach z dziurami? Szary sweterek czy modna asymetryczna bluza w ostrym kolorze? 

A może najlepiej by było, gdyby nauczyciele nosili mundurki?

Jak jest u Was w szkole? Czy do szkoły wybieracie bardziej formalne ciuchy? A może nie ma to u Was większego znaczenia? 

Czy istnieje coś takiego jak nauczycielski dress code?

Piszcie, czekam na Wasze odpowiedzi :). I dodaję, że w prawym uchu od czasów studenckich noszę dwa kolczyki...


poniedziałek, 5 października 2015

Spełnione książkowe marzenie i odpowiedzi na pytania Zakręconej belferki

Ostatnio na lekcjach polskiego z VI klasą rozmawialiśmy o spełnianiu marzeń. Takich marzeń, z których realizacją wiążą się długie przygotowania, długie czekanie... Powiedziałam im wtedy, że ja też kiedyś miałam takie marzenie i że właśnie niedawno się spełniło. A skoro już powiedziałam coś takiego, to musiałam opowiedzieć co, jak i kiedy :).

Będąc w Kanadzie, odwiedziłam piękny antykwariat. Na półce z literaturą kanadyjską znalazłam książki mojej ukochanej autorki. I to nie tylko te, które wymyśliła. Również takie, w których opisała swoje życie.



Snap z wycieczki do antykwariatu i księgarni. A przy okazji pod Parlament Alberty.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...