środa, 14 grudnia 2016

Dlaczego nie robię kartkówek z lektury przed omawianiem lektury

Ten wpis jest kolejnym rozważaniem o sposobach sprawdzania wiedzy uczniów. Zapraszam do lektury poprzednich: Czy kartkówki mają sens, Co z tymi sprawdzianami?Uczniowie nie lubią sprawdzianów. Ja też. Baza moich starych sprawdzianów wciąż się tworzy, ale przed końcem roku ją udostępnię, zapewniam :).

Taka sytuacja na pierwszej lekcji, na której omawialiśmy pierwszą lekturę w I gimnazjum.

Gwoli wyjaśnienia - moje gimnazjum jest częścią zespołu szkół. Ok. 80% uczniów naszej podstawówki wybiera dalszą edukację w starej szkole. Mam to szczęście, że język polski prowadzę zwykle od klasy IV, więc w gimnazjum spotykam się z prawie tymi samymi uczniami. Znają mnie, moje metody, tryb pracy itd.
Nowi uczniowie nie wiedzą jednak jak wyglądają moje lekcje - te z podręcznikiem, z filmem, z gramatyką, z lekturą... 

Ad rem! Zaczynamy omawianie Złodziejki książek. Podchodzi do mnie uczeń i pyta:
- Proszę pani, będzie dzisiaj kartkówka?
- Ale z czego? - pytam zdziwiona.
- Z lektury - odpowiada on.
- Nieee... - mówię, robiąc przy tym dziwną minę.

Nauczycielu, co pamiętasz?


Może nie czytam dla przyjemności tak wielu książek, jak w wieku lat 16, ale jednak - czytam cały czas. Mój mózg ma taką cudowną właściwość, że przechowuje informacje z literatury bardzo dokładnie i bardzo długo. Jeśli mnie coś szczególnie zainteresuje, potrafię nawet mimowolnie zapamiętać część zdania czy stronę, na której się owo zdanie znajdowało.

sobota, 3 grudnia 2016

Uczniowie nie lubią sprawdzianów. Ja też.

Listopad zaczęłam rozważaniami o sprawdzianach, a w zasadzie podsumowaniem ankiety o tej formie weryfikowania uczniowskiej wiedzy. Z ankiety, którą wypełniliście (raz jeszcze dziękuję za to!), wynika, że wcale nie tak często robimy klasówki. Raz na miesiąc, raz na dwa-trzy. Pisaliście też, że nie przepadacie za tą formą sprawdzania wiedzy. Tutaj pełen wpis: Co z tymi sprawdzianami?


Być może zamiast pisać o sprawdzianach, powinnam tu i teraz ustosunkować się do opublikowanej na dniach podstawy programowej dla klas IV-VIII. Nie potrafię jednak chwilowo myśleć o tym bez oddawania się silnym i jednocześnie negatywnym emocjom. Poczekam, aż mi przejdzie i postaram się do jednej z ważniejszych dla mnie kwestii - lekturowych - podejść na chłodno. Możliwie, że mi się nie uda. Osoby, które śledzą mnie na Facebooku, wiedzą, że nie popieram reformy edukacji. Stare przysłowie mówi "Co nagle, to po diable" i moje doświadczenie życiowe potwierdza prawdziwość tej mądrości ludowej.
Tymczasem... Bardzo pracowity listopad przeszedł nagle w grudzień i wypadałoby temat sprawdzianów domknąć, zwłaszcza że jest on dla mnie równie ważny, co lista lektur i sposób ich omawiania, bo jest wyrazem mojego podejścia do nauczania. 

Uczniowie nie lubią, ale...


Tak, coś mi się wydaje, że moi uczniowie nie za bardzo lubią sprawdziany. Wiem na pewno, że piszą ich w miesiącu całkiem sporo. Z biologii, matematyki, fizyki, chemii. Zaglądam do ich terminarza, żeby wpisać swój sprawdzian, kartkówkę czy lekturę, a tam - czerwono...

Oto twardy dowód. Zielone - to kartkówki. Czerwone - sprawdziany. Mocnym różem zaznaczono egzamin próbny. 
Listopadowe sprawdziany i kartkówki w III gimnazjum. Każdego tygodnia coś.


Nie lubią, ale piszą. Bo muszą. 


Nie lubią, ale w III gimnazjum zadeklarowali na początku roku, że chcieliby, aby ich wiedza była częściej sprawdzana. (Wyobraźcie sobie moją minę wtedy, hehe.) W tym roku szkolnym z polskiego napisali dwa sprawdziany oraz egzamin gimnazjalny (w ramach diagnozy). Nie uważam, by zrealizowane do tej pory tematy wymagały większej liczby klasówek. W grudniu czeka ich egzamin próbny. Natomiast w I gimnazjum dużego sprawdzianu z polskiego do tej pory nie było.

Nie lubią, ale pisać muszą. Dlaczego? Bo jest to najprostsza forma weryfikacji tego, co zostało w uczniowskich głowach. Bo jeśli będą musieli napisać sprawdzian, to powtórzą wiadomości, nauczą się i będziemy mieć dowód, że nasze wysiłki edukacyjne nie idą na marne. A czasem - przyznajcie to sami przed sobą, koleżanki i koledzy nauczyciele - piszą, bo chcecie im udowodnić, że się nie uczą, nie rozumieją i w ogóle są be. Pokazać, kto tu rządzi. Taka postawa jest mi całkowicie obca. Taka postawa dla mnie oznacza zawodową klęskę. (Ale przyznaję się do robienia w pierwszych latach pracy karnych kartkówek. Niezłośliwych! Może kiedyś o nich napiszę...)

Ponieważ mamy podstawy programowe, w których napisane jest, co uczeń po danym etapie edukacyjnym wiedzieć i umieć powinien i jesteśmy rozliczani z ich realizowania, normalnym jest, że chcemy sprawdzić poziom uczniowskiej wiedzy i umiejętności, choćby uczniowie płakali i błagali nas na kolanach, byśmy tego nie robili. Tak działa system zwany szkołą. Niestety.


Po co polski?


Na lekcjach polskiego, na moich lekcjach polskiego, zależy mi przede wszystkim na tym, aby uczniowie myśleli oraz mówili. Najchętniej, niczym pan Kleks, pootwierałabym im głowy i nalała tam oleju :). Oczywiście, aby rozwijać to ich myślenie i mówienie, muszę im dać odpowiednie narzędzia. Słowa, pojęcia, znaczenia, terminy. Umiejętność zwracania uwagi na ogół i szczegół. Na człowieka i świat go otaczający. Chcę - w ramach realizowanej podstawy oraz trochę ponad nią - pokazać różnorodność tego świata, a zarazem pewne pojęcia uniwersalne. To są dla mnie prawdziwe cele mojego przedmiotu.

To, co opisałam, trudno zweryfikować podczas zwyczajnego testu. Tutaj sprawdzi się jest się raczej dyskusja na lekcji, wypowiedź pisemna, kartkówka, praca nad problemem w grupie. Dlatego, przed sprawdzianem...

Zastanawiam się dwa razy


Myślę o sprawdzianie. Zaglądam w terminarz uczniów. Zastanawiam się jeszcze raz. I w głowie sobie zadaję pytanie: czy te wiadomości sprawdzę tylko na sprawdzianie? Inne pytania, które się tam pojawiają brzmią mniej więcej tak:

  • Czy zależy mi na tym, by akurat te konkretne wiadomości zostały opanowane na blaszkę i by uczeń mi udowodnił, że opanował?
  • Czy chcę, aby akurat tymi konkretnymi umiejętnościami wykazał się, mając za wroga czas przeznaczony na napisanie oraz grobową ciszę w klasie? 
  • Czy zdążę przygotować sensowny sprawdzian z tego działu?
  • Czy sprawdzian, który przygotuję dla danej klasy, zdołam sprawdzić w ciągu dwóch godzin? (W przypadku sprawdzianów z wypracowaniem czas oczywiście się wydłuża.)
Jeśli odpowiedzi na powyższe pytania brzmią - tak!, to wpisuję sprawdzian do dziennika i zabieram się za jego układanie. Jeśli nie, planuję jakąś alternatywną metodę sprawdzenia wiedzy i umiejętności.

Alternatywa dla sprawdzianu


Pisałam już o tym wyżej. Zamiast dużego sprawdzianu raz na miesiąc czy dwa, wolę:
  • ułożyć kartkówkę. Świetnie sprawdza poziom opanowania pojęć, definicji itp.;
  • zrobić quiz interaktywny. Szaleństwo. Chcieliby grać cały czas;
  • zaplanować wypracowanie klasowe (rozprawkę, charakterystykę, sprawozdanie, opowiadanie);
  • zadać uczniom zadanie do wykonania w grupach na lekcji;
  • posłuchać wypowiedzi uczniów;
  • wymyślić jakąś grę powtórkowo-sprawdzającą;
  • zadać uczniom samodzielną pracę na lekcji, podczas której mogą zadawać pytania i korzystać ze swoich notatek oraz szkolnego księgozbioru.
Mogą podnieść się głosy, że w ten sposób

a) uczniowie będą mieć zbyt dobre oceny
Hm, ale w sumie to dlaczego ja mam stawiać tylko złe oceny? Ja się cieszę, że oni się mogą wykazać i dostać dobre... A kiedy dostaną złą ocenę, mogą ją poprawić. Dlaczego nie? Kogo do nauki zmotywowały złe oceny - ręka w górę.

b) uczniowie nie nauczą się zdawać testów
Spokojnie, spokojnie. Po to są egzaminy próbne, żeby się nauczyli. Po to jesteśmy my, by te egzaminy na lekcjach robić. Możemy też - co jest od kilku lat promowane u mnie w szkole - układać swoje sprawdziany, stosując typy pytań takie, jak na egzaminie gimnazjalnym.


Dla kogo to robimy?


Wypada się teraz zastanowić i szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, nie dlaczego, a dla kogo robimy sprawdziany. Nie pytałam Was o to w ankiecie, ale do głowy przyszło mi kilka powodów. Przeczytajcie i dajcie znać, z czym się utożsamiacie :).

Sprawdzian robię dla:
  • siebie - w ten sposób sprawdzam, czy informacje nadawane przeze mnie w ogóle docierają do uczniów,
  • uczniów - żeby wiedzieli, co idzie im dobrze, a nad czym jeszcze muszą popracować,
  • rodziców uczniów - bo nauczyciel, który nie robi sprawdzianów, to chyba nie umie uczyć! Jak to? Bez sprawdzianów? To oni niczego się w tej szkole nie uczą! Nic nie robią!
  • dyrekcji - bo sprawdzian to trening przed egzaminem zewnętrznym
  • świętego spokoju - ...
  • ocen - żeby mieć co wstawić do dziennika
  • innych nauczycieli - skoro oni robią, to ja też. W innym wypadku będę od nich znacząco odbiegać.
  • inne - ...

Sprawdzian z sensem 


Ok. Jest decyzja. Będzie sprawdzian! Wpisujesz go do dziennika z regulaminowym wyprzedzeniem i... Podajesz uczniom zakres materiału. Podajesz, prawda? Ale nie w sposób - rozdziały od 5 do 12, strony od 3 do 333? Prawda?

U mnie w szkole podajemy obowiązkowo nacobezu. Kiedyś pisaliśmy je na tablicy, a uczniowie przepisywali lub drukowaliśmy i dawaliśmy do wklejenia. Odkąd mamy dziennik elektroniczny, nacobezu wpisujemy w opisie sprawdzianu. Bardzo to praktyczne, chwalę sobie.

No dobrze. Sprawdzian zapowiedziany, zakres materiału podany. Teraz układasz. Wielu z Was w ankiecie zadeklarowało, że układa swoje sprawdziany lub miksuje gotowe pytania ze swoimi. Ja najczęściej układam klasówki od zera. Tak, aby były dopasowane do moich uczniów, ich potrzeb, by były prawdziwym zwieńczeniem cyklu lekcji. Nie wymagam od dzieciaków tego, czego na lekcjach nie było. A jeśli już, to w pytaniu dodatkowym.

Takie szyte na miarę sprawdziany pozwalają sprawdzić nie tylko ucznia, ale też nauczyciela :). Na ułożenie sprawdzianu potrzebuję od 1 do 4 (nie przesadzam) godzin.


Sprawdź to!


Uff... Napisali. Niektórzy oddali szybciej, inni ostatnie zdania dopisywali po dzwonku. Prace zebrane, teraz pora na sprawdzenie!

Zwykle któryś ze szkolnych regulaminów mówi nam, ile mamy czasu na ocenę i oddanie prac. U mnie są to dwa tygodnie. Od jakieś czasu staram się jednak nie przeciągać... Najlepszym rozwiązaniem - podkreślam, że dla mnie - jest sprawdzenie prac od razu, tego samego dnia. W szkole. Tak, w szkole. Wolę zostać po lekcjach, posiedzieć nawet do 16:00 czy 17:00, ale nie ciągnąć roboty do domu. Bo jeśli już sprawdziany czy wypracowania tam się znajdą, to wiem, że poleżą dłużej niż powinny.

Tutaj przyznaję się do tego, że zabrałam na weekend do domu charakterystyki. W piątek po lekcjach nie mogłam zostać w szkole, by je sprawdzić, a wierzcie mi, wolałabym. 

Poprawy i inne terminy


U mnie sprawdziany można poprawiać, ale... Przyznam, nie jestem w tym zbyt dobra w sprawdzaniu popraw i prac pisanych w innym terminie. Wiszą nade mną trzy takie klasówki. Leżą w szafce w szkole i czekają. Obiecuję sobie, że w poniedziałek doczekają się sprawdzenia!


Przekleństwo gotowców


Raz wykorzystany sprawdzian staje się u mnie podstawą do budowania kolejnego, dla następnej klasy, lub ląduje w szufladzie, tzn. na dysku. 

Część z nas korzysta z tych samych sprawdzianów od lat lub z gotowych testów, przygotowanych przez autorów podręczników. W obu przypadkach możemy - i tutaj proszę się nie dziwić - spodziewać się tego, że uczniowie będą znali pytania i przygotują sobie odpowiedzi. No, niestety, Internet jest dostępny 24 godziny na dobę, a w nim skarby przeróżne na wędrowców czekają. I nie pytają czy wędrowiec uczciwy, czy też nie... Święte nauczycielskie oburzenie, że "Oni ściągają z Internetu! Oszukują! Znają pytania!" trochę mnie w świetle tego śmieszy. Skoro wiadomo, że ściągają, to zróbmy taki sprawdzian, którego oczy nie widziały i serwery nie przechowywały. I po kłopocie!


Proszę pani, czy to już wszystko?


Sama nie wiem, moi drodzy... ;) Jeśli się z czymś nie zgadzacie lub, przeciwnie, coś tutaj jest zbieżne z Waszym sposobem myślenia, jeśli macie dodatkowe pytania, szczególne wątpliwości, chcecie podzielić się Waszymi doświadczeniami - piszcie w komentarzach, będę wdzięczna.

Gratuluję, przeczytaliście tekst do końca! Piątka :).

niedziela, 20 listopada 2016

Za co lubię Instagram i jak to się stało, że wzięłam udział w wyzwaniu. Fotograficznym

Drodzy moi Czytelnicy, czekający na polonistyczne inspiracje! Chwilowo czas wolny mi się skurczył i o ile mam czas na dokumentowanie fotograficzne swojej pracy oraz oczywiście na przygotowywanie się do niej, o tyle na blogowanie ostatnio - nieco mniej. Żałuję, bo mnóstwo ciekawych rzeczy czeka na opisanie. No i moje sprawdziany na opublikowanie. Zapewniam jednak, że praca w toku.

Dziś, mimo galopującego jak Bri ścigany przez lwy czasu, postanowiłam jednak dokończyć pewien projekt. Projekt, w którym brałam udział na swoim Instagramie. Najpierw jednak kilka słów wyjaśnienia...

Za co lubię Instagram?


Świat jest piękny. A jest piękny, ponieważ każdy jego zakątek jest inny. Natura. Architektura. Ludzie. Przedmioty. Wschody. Zachody. Kolory. Szarości. Instagram pokazuje mi wycinki pięknego świata. Ba! Pokazuje czasem, zdaję sobie z tego sprawę, piękne wycinki mniej urokliwej całości. I ja się na to w pełni i świadomie godzę. Chcę widzieć urodę świata, nie jego brzydotę. Nie strach przed innością, a zachwyt nad różnorodnością. 

Poza tym na Insta jest też bardzo dużo zdjęć książek. Ludzie czytają i się tym chwalą! To cudowne :). 

Po co mi w ogóle konto na Instagramie?


Moje konto jest związane z blogiem i profilem na Fb. Jest publiczne. Założyłam je, aby dokumentować moje poczynania nauczycielskie oraz lektury, a także, by pokazywać wszystkim obserwującym, w tym uczniom, że świat jest piękny i ciekawy. Oraz że nauczyciel też człowiek :).

niedziela, 6 listopada 2016

Co z tymi sprawdzianami? Wyniki ankiety i przykładowe testy do pobrania

Już ponad miesiąc temu na swoim Facebooku napisałam, że ułożyłam fajny sprawdzian i jeszcze fajniejszą grę. Zapytałam, co mam najpierw opublikować. Padło na grę (możecie ją znaleźć tutaj). Sprawdzian miał pójść w kolejnym wpisie, ale... Stwierdziłam, ze skoro od jakiegoś czasu intensywnie rozmyślam nad sensem robienia sprawdzianów, to podzielę się z Wami swoimi przemyśleniami. Potem jednak - bardzo szybko - doszłam do wniosku, że najpierw chciałabym poznać Wasze zdanie w tej sprawie.

Tak powstała ankieta. Udostępniłam ją na fanpejdżu oraz w grupach zrzeszających nauczycieli na Facebooku. Otrzymałam w ciągu zaledwie tygodnia 142 odpowiedzi. Cudownie! <3

Materiału zebrałam tyle, że swoje refleksje postanowiłam na razie schować na potem, a najpierw zaprezentować wyniki ankiet. Oczywiście podzielę się też z Wami kilkoma swoimi sprawdzianami. Czytajcie do końca :).

Sprawdziany, klasówki, testy - wyniki ankiety

Kto odpowiadał?


Respondent, jaki jest, każdy widzi. Brać nauczycielska to raczej nie brać, a... Ma ktoś pomysł na słowo? 

wtorek, 25 października 2016

"Balladyna" - to już koniec. Prawie. O książeczkach i porównaniach.

Sok, plakaty, czytanie tekstu, filmiki - o tym już napisałam tu i tu. Teraz pora na dokończenie cyklu lekcji o "Balladynie". Obiecuję, że nie będę nudzić :).

Fragment drugi - sąd


Bardzo lubię ostatni akt Balldyny. Tę ironię losu, ten grom z jasnego nieba. Fakt, że oliwa sprawiedliwa i że zbrodnia nie popłaca. Czytaliśmy scenę IV aktu V. Oto notatka do niej:


Scena ta posłużyła mi głównie jako ilustracja cytatu "Nie masz winy bez kary", kojarzonego z moralnością ludową, która to - jak wiemy - utrwaliła się na zawsze w naszej świadomości dzięki dziełom romantyków. 

Scenę sądu czytaliśmy z podziałem na rolę, objaśniałam trudniejsze sformułowania, a na tablicy powstawała taka oto notatka. 

Książeczki elektroniczne


czwartek, 20 października 2016

Balladyna na poważnie i zupełnie niepoważnie

Pamiętacie moją lekcję z sokiem malinowym? I z plakatami? Jeśli nie, to zapraszam tutaj: Balladyna. Z sokiem smakuje lepiej.

Lekcja ta była, rzecz jasna, tylko wstępem do czytania tekstu. Uważam jednak, że im lepiej zrobiony wstęp, tym lepiej tekst usadowi się w głowie :).

Co czytaliśmy? Po lekcji z sokiem i analizą plakatów fragment, w którym Balladyna zabija Alinę, zaś matce mówi, że siostra uciekła z kochankiem (wykorzystałam tutaj podręcznik Nowej Ery Słowa na czasie do klasy 2. gimnazjum). Przed lekturą streściłam uczniom początek dramatu. 

Fragment jest prosty i komentarz do niego nie zabrał wiele czasu. I bardzo dobrze, bo w planach miałam projekcję oraz omówienie dwóch produkcji filmowych.



wtorek, 11 października 2016

Jak nagradzać aktywnych czytelników? O punktach i misjach pisze Celina Nowrotek

Niedawno pisałam o swoim sposobie - prostym i sprawdzającym się w moich klasach - nagradzania aktywnych czytelników. Wpis wywołał pozytywne reakcje, pojawiły się także komentarze. W jednym z nich przedstawiony został tak ciekawy sposób nagradzania czytających uczniów, że aż poprosiłam jego autorkę o wpis gościnny. Czytelnictwo bowiem jest to coś, o czym od jakiegoś czasu intensywnie rozmyślam.

Tym sposobem dzisiaj w moich skromnych progach gości ze swoim tekstem Celina Nowrotek, nauczycielka języka polskiego w Zespole Szkół Atena w Sosnowcu (w SP i gimnazjum). Pomysł przypadnie do gustu zwłaszcza miłośnikom gier strategicznych, a zainspirować może - każdego!


Co ma gra komputerowa do czytelnictwa?


W mojej misji zachęcania uczniów do czytania książek oraz oglądania filmów dobrej jakości wykorzystałam patent znany mi z gry komputerowej Wiedźmin.  Geralt przed karczmami mógł znaleźć tablice, na których znajdowały się zlecenia do wykonania. Im więcej misji Geralt zakończył powodzeniem, tym więcej miał punktów doświadczenia, a co za tym idzie – szybciej awansował na kolejny poziom.

Jak to działa?



czwartek, 6 października 2016

W końcu poszłam po rozum do głowy, przyniosłam na lekcję sok malinowy... "Balladyna". Z sokiem smakuje lepiej

O Balladynie pisałam na "Lekcjach Polskiego" dwa razy. Raz w odniesieniu do lekcji w gimnazjum: tutaj wpis (znajdziecie w nim sporo obrazów), a raz o swoich wspomnieniach związanych z wystawianiem dramatu Juliusza Słowackiego w szkole (tutaj).

Przyznam jednak, że choć Balladynę naprawdę lubię, a nawet potrafię z pamięci cytować niektóre fragmenty, jakoś nigdy nie miałam dobrego pomysłu na lekcje z tym dramatem. Pracując jednak w tym roku w III gimnazjum bez podręcznika, jakoś bardziej przykładam się do wymyślania sposobów na przykucie uczniowskiej uwagi.

Najlepiej żeby to były sposoby proste, a efektowne. Tanie, a bezcenne. Trochę śmieszne, lecz zapadające w pamięć.

Kiedy tak rozmyślałam o lekcjach z Balladyny, przypomniała mi się pewna burzliwa dyskusja związana z tym plakatem. Taka sytuacja: w jednej sali siedzą naprawdę tęgie mózgi (nauczyciele, dydaktycy uniwersyteccy) i spierają się, czy to sok z tego dzbana płynie (malinowy, rzecz jasna), czy krew, soku malinowemu podobna i się z nim kojarząca. Powiadam wam, paranoja!

Jednak dzięki tej kłótni, która na szczęście nie skończyła się śmiercią w malinach, pomyślałam, że przygodę z Balladyną możemy zacząć od soku malinowego. A co!

Etap 1. Rozlanie soku


Po mojej byłej klasie wychowawczej zostało mi jeszcze kilka wspomnień oraz kilkanaście kubeczków plastikowych i łyżeczek. Sok malinowy zakupiłam z własnej kieszeni (po lekcji zostało pół butelki). Każdy uczeń dostał jakąś 1/8 kubka soku. Na oczywiste pytanie, czy mogą się napić, powiedziałam, że NIE.

Etap 2. Badanie soku różnymi zmysłami


sobota, 1 października 2016

Bohaterowie naszych lektur gamifikacji poddani. Zabawny sposób na powtórkę z treści lektur

Jeśli chodzi o stosowanie gier na lekcjach języka polskiego, to u mnie jest, czas się przyznać - słabo. Oczywiście z upodobaniem tworzę quizy w Kahoot oraz Quizizz, coś tam naskrobię na Learning Apps, rzucę Story Cubes, raz do roku przyniosę na lekcje Scrabble, ale - sami widzicie - do levelu master trochę mi brakuje. (Przypominam jednak, że w zeszłym roku udało mi się wymyślić prostą lekturową grę.)

Od razu w tym miejscu pragnę Wam polecić mojego grywalizacyjnego (jeśli tego słowa nikt nie używał, to właśnie je stworzyłam) guru, czyli Asię, autorkę bloga Zakręcony belfer. Na uwagę zasługuje szczególnie jej e-book z propozycjami prostych, acz skutecznych gier powtórkowych na polski. Łapcie tutaj.

Wycięte karty. Nieidealnie równe, jeszcze z literówkami, ale zadziałały :).


Potrzeba gry okolicznościowej


W piątek szkoły w całej Polsce świętowały Dzień Chłopaka. Tak się też złożyło, że w ten sam piątek klasa III gimnazjum pisała sprawdzian na polskim. Okrutne, prawda? Takie święto szczególne, a ja taka bezlitosna...

wtorek, 20 września 2016

Pokaż mi, co czytasz. Całoroczny i dziecinnie prosty projekt na lekcjach języka polskiego

We wpisie pod chwytliwym i długim tytułem Jak się nie narobić, a do czytania zachęcić, podzieliłam się swoimi spostrzeżeniami na temat czytelnictwa. Wzywając do bicia się w pierś i przyznawania do czytania bądź nieczytania, napisałam też, że mam jeden prosty patent na nagradzanie aktywnych czytelników. Obiecałam, że się nim podzielę. Tadam! Oto i on! :)



Co będzie potrzebne?


  • kawałek ściany, na którym można coś zawiesić (tablica korkowa, reling, sznurek, gwóźdź... co tam akurat macie w sali do polskiego)
  • jeśli użyjesz sznurka przydadzą się spinacze do bielizny
  • torebki na prezenty (każdy ma w domu, nie oszukujmy się)
  • małe karteczki (ja używam pociętych kartek zadrukowanych z jednej strony, kartek ze starych zeszytów etc.)
  • trochę zaufania. Do uczniów, rzecz jasna!

Jak to działa?


Jedna torebka na prezent = jedna klasa.

Jeśli uczeń przeczyta książkę (gatunek dowolny, ja uwzględniam też grubsze komiksy), która NIE JEST lekturą obowiązkową, na małej karteczce wpisuje jej tytuł, autora (jeśli pamięta) i swoje imię (w większych klasach też nazwisko ;)). Karteczkę wrzuca do torebki.


niedziela, 18 września 2016

Wiersze do recytacji

Jeden z moich ulubionych wierszy. Nie tylko do recytacji. J. Tuwim, Strofy o późnym lecie
Zaglądam czasem do blogowych statystyk i nieodmiennie dziwi mnie fakt, że trzecie miejsce w kategorii najczęściej wyświetlanych postów w historii bloga jest właśnie ten - Wiersze do recytacji (data pierwszej publikacji: 1.04.2009). Skoro cieszy się taką popularnością, postanowiłam go trochę odświeżyć, dodając link do wpisu, który pojawił się z okazji Światowego Dnia Poezji i ponownie zapytać - co Wy lubicie recytować? Co zadajecie swoim uczniom?

W mojej szkole raz w semestrze uczniowie muszą na polskim zdać obowiązkową recytację. Kiedyś było tak, że dawałam uczniom wiersze do wyboru - z podręcznika lub z listy takiej, jak przygotowana niżej.

Teraz chętniej zadaję klasie wiersze, które omawiamy na lekcjach. Niekiedy jest to jeden i ten sam dla wszystkich, innym razem dwa-trzy do wyboru. Jako recytację oceniam także inscenizację fragmentu lektury.

Zbiór wierszy do recytacji


Klikając tu (klik!) znajdziecie się na stronie chomikuj.pl (na moim koncie, żeby nie było), z której pobierzecie plik z wierszami wybranymi dla mojej klasy gimnazjalnej w 2009 roku.

Klikając tu [Ulubione wiersze (do recytacji)], przeczytacie post o wierszach polecanych przez obserwatorów Lekcji Polskiego na Fb. Które nadają się do recytacji? Wszystkie! :)


czwartek, 15 września 2016

Jak się nie narobić, a do czytania zachęcić



W ubiegłym roku (szkolnym oczywiście) zbiegły się ze sobą dwa wydarzenia. Po pierwsze, nasza szkoła dostała dofinansowanie z programu Książki Naszych Marzeń, po drugie Biblioteka Narodowa opublikowała raport o stanie czytelnictwa za rok 2015.

Dofinansowanie zobligowało nas do przeprowadzenia w szkole akcji promujących czytelnictwo. Nie żebyśmy tego nie robili normalnie, na lekcjach polskiego :). Prowadzenie lekcji i imprez szkolnych o czytelnictwie, lektura wniosków z raportu BN oraz podobnego raportu dr Zofii Zasackiej o czytelnictwie dzieci i młodzieży, sprowokowały mnie jednak do większych przemyśleń. Na szczęście da je się przedstawić w miarę krótko :). Zapraszam do lektury.

Społeczeństwo nie czyta


Nie mam telewizora, radia słucham z rzadka, ale po internetach wiosną rozlała się - niczym Wisła po roztopach - wieść, że 63% Polaków nie przeczytało w 2015 tekstu dłuższego niż 3 strony. Ba! Nawet nie miało książki w rękach. Ot, tak, żeby tylko przekartkować.

Zewsząd rozległy się komentarze - ojej, jakie to straszne, jakie to potworne, jesteśmy narodem analfabetów, larum, larum grają! 

A ja zaczęłam się zastanawiać, co konkretnie robię i mogę zrobić, by pokazać, że czytanie jest fajne. Po prostu. 

czwartek, 8 września 2016

Emocjami jesień się zaczyna. Lekcja z wykrzyknikiem



O planowaniu całego roku już pisałam dramatyczne treści. Ostatecznie udało mi się - po rozpisaniu wszystkiego w formie mapy mentalnej - ułożyć plan pracy dla klasy III gimnazjum. Po raz pierwszy bez podręcznika! Trzymajcie kciuki :).

Planując rok pilnowałam, by nie zmarnować żadnej lekcji. Oczywiście, po drodze na pewno coś wypadnie... Ale na najważniejsze i najciekawsze rzeczy czas będzie. A skoro od początku planowałam zajęcia tak, by dobrze wykorzystać godziny, nie mogłam zapomnieć o tej pierwszej lekcji. Lekcji, która bardzo łatwo może być przegadana lub przesiedziana. Lekcji, na którą nie wszyscy są przygotowani - a to ktoś nie kupił zeszytu, a to ktoś nie ma długopisu... Umówmy się w tym miejscu, że zajęcia, na których przypominamy PSO, podajemy listę lektur i reguły obowiązujące w nowym roku szkolnym, czy zasady BHP, to lekcja 0 (zerowa). Musimy ją przeprowadzić, bez dwóch zdań. Ale potem trzeba już zacząć działać :).

Chcemy się uczyć!


Dobrze. Podaliśmy PSO i lektury. Porozmawialiśmy z uczniami o wakacjach. Zrobione. Teraz warto byłoby coś zrobić. Czegoś się nauczyć. A może nawet... coś napisać? Zapraszam na pierwszą lekcję w III gimnazjum...

środa, 31 sierpnia 2016

Jak się nie przygotować do nowego roku szkolnego

Z początkiem każdych wakacji obiecuję sobie, że w nowy rok szkolny wejdę z dokładnie dopracowanym planem pracy, w którym przewidziane zostaną wszystkie możliwe trudności, potrzeba powtórzenia materiału, konieczność przeprowadzenia sprawdzianów i kartkówek, omówienia prac, nie mówiąc już o zajęciach przepadających z powodu wycieczek, wyjść, projektów, prób, zawodów... Że co drugi mój pomysł będzie genialny, porwie uczniów, którzy będą pracować bardziej niż chętnie.

Tymczasem...

Tymczasem...


W każdy nowy rok szkolny wchodzę trochę tak, jak wchodzi się do jeziora. Powietrze wokół jest ciepłe i woda też powinna być. Robimy krok... Drugi... Trzeci... Woda wcale nie jest ciepła! Brrr, po co my w ogóle do niej wchodziliśmy? Można było zostać na brzegu i napawać się krajobrazem.


No dobra. Stojąc po pas w wodzie mamy dwa wyjścia - wychodzimy albo się zanurzamy. Najlepiej od razu z głową. Liczymy więc do trzech (ewentualnie do stu) i... plusk! Zanurzamy się, wynurzamy, parskamy, machamy kończynami, aż w końcu okazuje się, że woda jest ciepła. Przyjemna. Nabieramy sił i ochoty na przepłynięcie całego jeziora wzdłuż i wszerz. 

Zaplanować niezaplanowane

niedziela, 21 sierpnia 2016

Skończyłam prowincjonalne liceum

Nie jest tajemnicą, że mieszkam i pracuję na Śląsku, ale to nie znaczy, że stąd pochodzę. Na migrację z Mazur zdecydowałam się tuż po maturze, a nawet wcześniej. Prawdę powiedziawszy, odkąd zaczęłam się zastanawiać nad studiami, wiedziałam, że wybiorę te na Uniwersytecie Śląskim i że będzie to polonistyka (o czym już pisałam).

Podobnie było z liceum. Kończąc podstawówkę wiedziałam, do jakiej szkoły pójdę. Tym razem nie była to jednak kwestia wyboru, ale raczej jego braku. W moim mieście rodzinnym jest bowiem tylko jedna szkoła średnia

Budynek mojego LO został podarowany szkole przez.. wojsko.

Jedna szkoła średnia? Jak to?!


Tak to. Orzysz, czyli moje miasto rodzinne, liczy sobie ok. 6000 mieszkańców. Jest tu jedna podstawówka, jedno gimnazjum, jedno liceum ogólnokształcące. Za moich czasów były dwie podstawówki (moja w trakcie transformacji na gimnazjum) oraz LO. We wrześniu 1999 roku rozpoczęłam naukę w klasie informatycznej Liceum Ogólnokształcącego w Orzyszu.


Naprawdę nie było innej możliwości?


czwartek, 16 czerwca 2016

Co może polonista na festynie sportowym? Pięć prostych konkurencji

Ręka w górę, kto uczy (lub uczył się) w szkole, w której z okazji Dnia Dziecka organizowano dzień sportu? Wiecie, takie sobotnie święto, w którym im człowiek był starszy, tym bardziej nie chciało mu się brać udziału? No, gdzie te rączki, gdzie? [Proszę o komentarze z odpowiedziami :)]


W szkole, w której uczę, nie mamy dnia sportu, ale Festyn Sportowo-Rodzinny. Jak sama nazwa wskazuje, na imprezę zaproszeni są uczniowie z rodzicami. Frekwencja co roku dopisuje, choć festyn jest zawsze w sobotę ;). Przychodzą na niego wszyscy - od najstarszego do najmłodszego (lub na odwrót), wpadają absolwenci z dziećmi, babcie, dziadkowe, panie nauczycielki na macierzyńskim z pociechami :).

Odkąd pamiętam, a w ZOSS w Bytomiu pracuję już osiem lat, festyn wglądał tak, że uczniowie mieli możliwość wykazania się w różnych konkurencjach - podbijaniu piłki siatkowej, Twisterze, skokach z miejsca, wiszeniu na drążku, przeciąganiu liny, kręceniu hula-hop, szachach, rzutach do rozmaitych celów... Chodziło o to, by - niezależnie od wieku i sprawności fizycznej - każdy mógł zdobyć za coś punkty. My, nauczyciele, mieliśmy przydzielone stanowiska przy konkretnych dyscyplinach. Za wykonanie zadania wręczaliśmy uczniom żetony. Odpowiednia ich liczba uprawniała do odebrania słodkości w bufecie festynowym :).

W tym roku bawiliśmy się trochę inaczej... Konkurencje sportowe pozostały, ale poloniści, anglistki, germanistki i koleżanka historyczka zostali poproszeni o wymyślenie konkurencji typowych dla swojego przedmiotu... Co wymyśliliśmy my-poloniści?

Konkurencje polonistyczno-sportowe (z naciskiem na polonistyczno...)

czwartek, 9 czerwca 2016

7 powodów dla których uczniowie powinni lubić Cacao (a nawet kakao!)

Znacie już pewnie najnowszy mroczny hit Cacao DecoMorreno - Najwyższą jakość? Postanowiłam wzbić się na ciemnych falach jego popularności i pogrzać w przyjaznym cieple, publikując ten wpis. Tak, tak, to chyba mój pierwszy post w stylu "X powodów dla Y". Podobno każdy szanujący się bloger powinien od czasu do czasu popełniać takie wpisy...

No, dobra, dobra, ja tu piciu-picu, a Cacao stygnie. Zaczynamy!


7 (suchych) powodów, dla których uczniowie powinni lubić kakao:


  1. Mianownik kto? co? kakao
  2. Dopełniacz kogo? czego? nie ma... kakao
  3. Celownik komu? czemu? się przyglądam... kakao
  4. Biernik kogo? co? widzę... kakao
  5. Narzędnik z kim? z czym? idę... z kakao
  6. Miejscownik o kim? o czym? myślę... o kakao
  7. Wołacz o! moje drogie... kakao!
A teraz pozostaje mi czekać tylko na hity Kiwi, Zombie i Menu.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Szybki przepis na lekturową grę, czyli "Nie ocenisz po okładce"

Nie wiecie jakie lektury wybrać do omawiania w kolejnym roku? Wahacie się między Krzyżakami a Quo vadis? lub między Opium w rosole a Noelką?  Chcecie zachęcić ucznia do przeczytania lektury? Zasiać w klasie ferment i (nadzieja umiera ostatnia!) zachęcić do czytania książek w czasie wolnym? Dobrze trafiliście! Podpowiem Wam dziś jak - choć troszeczkę - wysondować, co może się klasie spodobać, a co nie.


Nie ocenisz po okładce


Gra jest banalnie prosta i nie wymaga wielkich przygotowań, choć - rzecz jasna - wymaga przemyśleń. Z klasą VI SP zagrałam w nią pod koniec maja. 

Czego potrzebujemy?


Tylko tego, co mamy w bibliotece szkolnej - naszych lektur! Wybieramy spośród nich 5-6 książek, zaś z każdej z nich kserujemy dwie strony. Nie mogą to być całkiem przypadkowe strony, ale takie, które mają szansę - naszym zdaniem - zainteresować ucznia, przyciągnąć jego uwagę. Czy to się stanie, pokaże lekcja. U mnie pokazała, że niekoniecznie to, co mnie śmieszyło, interesowało, intrygowało, poruszyło także uczniów...

Jak pracujemy?


Uczniowie pracują w grupach. U mnie, z powodu nieobecności w VI, utworzyło się 5 trzyosobowych zespołów (w planach miałam 6 trójek). Tym razem nie pozwoliłam uczniom dobierać się samodzielnie, a przeprowadziłam losowanie.

Każda grupa dostała ksero dwóch stron lektury. Rzecz jasna uczniowie nie wiedzieli, z jakiej książki pochodzi fragment. Na tym polega cała zabawa! Dlaczego? Już wyjaśniam.

Rozmowa wstępna


Najpierw wróciliśmy do naszych wcześniejszych lekcji dotyczących czytelnictwa. Było ich całkiem sporo w tym roku szkolnym, a w zasadzie - w tym semestrze. Omawialiśmy raport o stanie czytelnictwa, zastanawialiśmy się, dlaczego ludzie w ogóle nie czytają (nawet gazet), co tracą, nie czytając itd. Do roli książek powróciliśmy też przy Dawcy Lois Lowry.

Mam w klasie grono regularnych czytelników, do których skierowałam pytanie, co lub kto zachęca ich do sięgnięcia po daną pozycję. Okazało się, że czytają coś, co ktoś im polecił - znajomy lub booktuber (niezłe słowo!), także coś, co jest popularne... Zapytałam, czy czytają opisy na tylnych okładkach i co się w nich znajduje. Odpowiedzieli, że krótkie przedstawienie treści książki lub wypowiedzi osób polecających powieść. Funkcja takich komunikatów - zachęta do przeczytania - nie zawsze działa na moich uczniów. Czasem nawet zniechęca do czytania...

Zadanie czas zacząć!


Tutaj spuściłam na moje zespoły bombę zadaniową i powiedziałam, że ich dzisiejszym zadaniem będzie odgadnięcie - na podstawie dwóch stron powieści - o czym powieść jest oraz napisanie informacji jaka mogłaby znaleźć się na tylnej okładce. Oczywiście informacji zachęcającej.

- To trudne! - krzyknęli.
- Poradzicie sobie! - odpowiedziałam.

UZUPEŁNIENIE: Informacja z ostatniej chwili... To znaczy z 4.10.2016. Dzięki czytelniczce Buba Bajdocja dowiedziałam się, że informacja na okładce nosi nazwę blurb. Tutaj ciekawy wpis dotyczący wykorzystania tej formy wypowiedzi w edukacji, tym razem - domowej.

Czy poradzili?


I tak, i nie. To znaczy stworzyli to, o co prosiłam, ale zabawa była znacznie mniej zabawna, niż myślałam :). Po dokonaniu autoewaluacji stwierdzam, że nie do końca trafiłam z tymi stronami... Powinnam była skserować jednak inne fragmenty lub też nie kserować, ale wybrać kilka krótszych, reprezentatywnych cytatów. Zabawnych. Lekkich. Łatwych językowo :). Zapewne tak zrobię w przyszłości.

Uczniowie oczywiście nie zgadli, o czym tak dokładnie są powieści (tak miało być!). Wyjątkiem okazała się grupa, która odgadła, że czyta fragment Krzyżaków i zamiast snuć domysły skorzystała ze swojej wiedzy o tej powieści (wiedzy szczątkowej, dodajmy...).

Jakie lektury wzięły udział w grze?

  • Krzyżacy starego dobrego Henryka: rozmowa Maćka z Jagienką po wyjeździe Zbyszka,
  • Opium w rosole bogatej w życiowe doświadczenie pani Małgorzaty Musierowicz: Genowefa obserwuje śpiącego profesora Dmuchawca i zaczyna z nim rozmowę,
  • Władca Much niejakiego Goldinga, noblisty: chłopcy w kręgu mówią, jak to fajnie jest na wyspie,
  • Kamienie na szaniec druha Kamyka: Alek odkręca tablicę (wiadomo jaką!),
  • Buszujący w zbożu D. J. Salingera: bohater spotyka zakonnice i zaczyna z nimi rozmowę o literaturze.

Wnioski?


Wnioski są takie, że warto przeprowadzić taką grę-zbawę. Można wybadać, co się podoba, co nie, co sprawia trudność. Np. język Krzyżaków okazał się bardzo trudny dla uczniów. Być może omówię tę lekturę w II g, zamiast w I, jak do tej pory. Kamienie na szaniec ocenione zostały jako nudne. Dobrze, że omawiamy je dopiero w III g... Opium w rosole też nie przypadło uczniom do gustu. Za to Buszujący w zbożu wzbudził entuzjazm! Do tej pory nie omawiam tej książki, ale widzę, że trzeba będzie. Do uczniów najbardziej przemówił... język powieści!

I jeszcze powtórzę radę: jeśli zdecydujecie się na takie działanie, rozważniej dobierzcie fragmenty.

A po wszystkim, tak jak ja, opowiedzcie uczniom, o czym naprawdę są książki, których nie daliście im ocenić po okładce!

Powodzenia!

wtorek, 31 maja 2016

Pudełko zwane kostką. Kostką opowieści

Dawno, dawno temu mieliśmy z VI SP lekcję... Lekcję poezji. Pisaliśmy wiersze! Okazało się, że w uczniach drzemią całkiem przyzwoici wierszokleci, trzeba im tylko trochę pomóc się ujawnić... Jak to zrobiliśmy? Zacznijmy od początku.



W podręczniku do VI jest jeden z moich ulubionych i bardzo nośnych dydaktycznie wierszy Zbigniewa Herberta: Pudełko zwane wyobraźnią. Pamiętam go jeszcze ze swoich czasów szkolnych. W ramach pracy domowej rysowaliśmy ilustrację do niego. Bardzo mi się to podobało! Postanowiłam zadać ją także swoim uczniom, ale poza tym zrobić jeszcze jedno - użyć na lekcji Story Cubes!

Co można wyciągnąć z pudełka?


Takie pytanie zadałam uczniom na początku. Na tablicy pojawił się nieudolnie przeze mnie narysowany prostopadłościan (albo spadłościan...) i propozycje uczniów. Najbardziej urzekł mnie ten krokodyl, bo przypomniał mi fragment książki Jędrek i inni. Znacie?

Po gorącej dyskusji, pełnej zwierząt, które mogłyby wypełnić nie tylko pudełko, ale arkę Noego, przeszliśmy do sformułowania wniosku: z pudełka można wyciągnąć niemal wszystko.


niedziela, 8 maja 2016

Czy warto studiować polonistykę?

Kilka dni temu via Facebook otrzymałam wiadomość od czytelniczki, Magdaleny. Każda wiadomość od czytelnika to miód na me serce i kompres na oczy - cieszę się, kiedy ktoś napisze, że fajnie, że inspirująco; kiedy o coś zapyta... Tym razem zostałam wręcz zasypana pytaniami! I to na tyle ważkimi, że - jako polonistka szkolna oraz nauczycielka akademicka w jednym - poczułam się zobligowana do publicznej odpowiedzi. A nuż komuś się ona przyda?

Główne pytanie zadane przez Magdę brzmi... 

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Lekcje Polskiego (@lekcje_polskiego)


Czy warto studiować polonistykę? 


Zaznaczam, że będę tutaj opowiadać swoją historię. Wybór studiów jest raczej ważną sprawą i trzeba go dobrze przemyśleć. Ja to przemyślałam dość wcześnie, bo już w VIII klasie podstawówki byłam zdecydowana na kierunek studiów. W IV klasie LO miałam chwilowe wahanie na rzecz kulturoznawstwa (na które i tak poszłam trzy lata później),  myślałam też o MISH-u, ale tu nie chciało mi się zdawać egzaminu :). O przepustkę na polonistykę zadbałam, biorąc udział w olimpiadzie. Ważne info: za moich czasów na studia były jeszcze egzaminy.

Z mojego punktu widzenia warto studiować polonistykę. Chciałam mieć studia, na których będę dużo czytać (oj, spełniło się) i na których dowiem się więcej o języku jako takim (zawsze lubiłam gramatykę). Od drugiego roku angażowałam się w działalność różnych kół naukowych, miałam kontakt z osobami z wyższych roczników, brałam udział w konferencjach studenckich. Spełniałam się na tych studiach. Jasne, nie wszystkie zajęcia były fascynujące (dialektologia...), nie wszystkie łatwe (gramatyka historyczna...), ale spotkałam na tych studiach inspirujących wykładowców, wiedzących, co mówią, wiedzących jak to powiedzieć i po co. 

Dziś sama jestem wykładowcą na uniwersytecie. Wierzcie mi, nadal ciężko mi w to uwierzyć :).

Moja rada: przejrzyj program studiów, zapoznaj się z opisami przedmiotów, poszukaj informacji o wykładowcach (dorobku, zainteresowaniach, osobowości). W dobie internetu nie jest to takie trudne. Kiedy ja zaczynałam studia trzeba było polegać jedynie na poczcie pantoflowej. Podejmij decyzję świadomie i samodzielnie. Czasem nie warto słuchać wujków dobra rada. Jeśli naprawdę chcesz studiować ten kierunek - składaj papiery! 

Ważna informacja: studia polonistyczne dziś to nie te same studia, które ja kończyłam. Nie waloryzuję, Boże broń! Ale ja miałam studia jednolite magisterskie, teraz jest program 3+2. Nieco zmieniła się siatka zajęć... Zajrzyjcie, sprawdźcie.

Czy znajdę pracę w zawodzie?


Dziś polonistyka to nie tylko specjalność nauczycielska, choć ja zawsze polecam właśnie tę. Sama wybrałam ją tak na wszelki wypadek; wcale nie chciałam być nauczycielką. Potem się okazało, że jednak to moja działka, więc decyzja była słuszna. Ale to, że skończyło się tę specjalizację nie powoduje, że znajdzie się pracę w szkole. Z moich znajomych ze studiów wcale tak dużo w szkole nie pracuje i, co więcej, nie szukało tam pracy.

Filologia polska daje nie tylko wiedzę o literaturze, języku czy nauczaniu. Daje też sporo tak zwanych umiejętności miękkich (komunikatywność, umiejętność pracy w zespole, odporność na stres, kreatywność itd.). Zwłaszcza obowiązkowe praktyki w szkole dają dużo tych umiejętności... Jeśli jesteś w stanie sprawić, by IV SP przez 45 minut patrzyła w ciebie jak w obrazek, chłonęła twoje słowa i wykonywała polecenia - no, to jesteś mistrzem! Dasz sobie radę w korpo!

Moja rada: zastanów się, co rzeczywiście chcesz robić po studiach. Próbuj różnych rzeczy. Odrób nie tylko obowiązkowe praktyki. Może jakiś wolontariat w fundacji, stowarzyszeniu, instytucji kultury? Może dorywcza praca zawodowa? Może wyjazd na Erasmusa? Może się okazać, że do szczęścia niepotrzebne ci burko, tablica i klasa. Może sprawdzisz się i spełnisz gdzie indziej, ale przydadzą ci się umiejętności nabyte na studiach?

Moi znajomi ze studiów pracują w różnych miejscach: szkołach, wydawnictwach, firmach edukacyjnych, korporacjach (np. w bankach). Z tego, co wiem, nikt nie narzeka :). Nikt też nie żałuje, że wybrał takie studia.

I jeszcze jedno. Jeśli macie wątpliwości co do tego, do czego się w życiu nadajecie, może warto pomyśleć o zrobieniu sobie specjalnego testu, tzw. Kompasu Kariery? Może podpowiedzieć, w którą stronę warto się skierować.


Czy aby dostać pracę w szkole trzeba mieć znajomości?


O, to ciekawe i drażliwe pytanie. A odpowiedź na nie brzmi: nie mam pojęcia. Z jednej strony dochodzą mnie słuchy, że to prawda, z drugiej - znam sporo przykładów osób, które dostały pracę tak po prostu. Opowiem, jak to było w moim przypadku.

Na III roku studiów pojechaliśmy z panią doktor prowadzącą dydaktykę do Szkoły Społecznej w Bytomiu na obserwacje lekcji. Bardzo mi się tam spodobało, zostałam trochę dłużej, rozmawiałam z nauczycielką, gdy nagle... Zapytała, czy mam już szkołę na wrześniowe praktyki. Odpowiedziałam, że nie. I tak oto wrześniu prowadziłam już w społecznej pierwsze lekcje.

Po praktykach utrzymywałam kontakt z polonistką, Joanną Klimas. Wpadałam czasem do szkoły, przychodziłam na szkolne Gale i tak się podziało, że kiedy kończyłam studia na emeryturę odchodziła druga polonistka (którą też znałam z praktyk). Zaproponowano mi jej godziny. Zanim Dyrektor powiedział mi TAK, odbyłam z nim rozmowę, przeprowadziłam w jego obecności dwie lekcje próbne, zapoznałam się z klasą III, z którą też prowadziłam lekcję (o liście!), poszłam z nimi i ich wychowawczynią na lody... Pod koniec sierpnia byłam już stażystką w ZOSS STO w Bytomiu.

Czy dostałam pracę po znajomości? Nie, ale dostałam ją, ponieważ w szkole już mnie znano i wiedziano, jak pracuję. Jednak, jak widzicie, nikt nie przyjął mnie na gębę ani - tym bardziej - na piękne oczy. 

Smutna prawda jednak jest taka, że nie jest tak łatwo dostać pracę w szkole. Bo niż, bo reformy, bo brakuje godzin. Niemniej da się. Tutaj rad nie mam. Wiem tylko, że wysyłanie CV działa. Jedna moja koleżanka ze studiów dopiero w tym roku dostała pracę w szkole. Do kogoś innego dyrektor zadzwonił po dwóch latach od złożenia CV...

Kto idzie na studia polonistyczne?


Tego pytania Magda mi nie zadała, ale uznałam, że warto o tym napisać. Na polonistykę, jak na każde inne studia, idą różne typy ludzi: prawdziwi pasjonaci i maniacy; ludzie, którzy zawsze lubili czytać; osoby, które chciałyby zostać nauczycielkami/nauczycielami; ci, co lubili polski w szkole lub mieli fajnych polonistów; tacy, którzy stwierdzili, że nie mają za bardzo pomysłu, co studiować; osoby, które same nie wiedzą, dlaczego studiują akurat to, co studiują. W czasie ośmiu lat pracy dydaktycznej na uniwersytecie spotkałam różnych studentów. Niektórych pamiętam do dziś z imienia i nazwiska i dobrze wspominam zajęcia z nimi. Było też kilka przypadków (ale mogę je policzyć na palcach jednej ręki), kiedy naprawdę nie wiedziałam, dlaczego dana osoba studiuje akurat to, a nie co innego.

Moja rada: Jeśli jesteś pasjonatem/pasjonatką i w grupie na studiach nie znajdziesz pokrewnej polonistycznej duszy, spróbuj ją znaleźć w kole naukowym. 


Czy te studia są łatwe?


Polonistyka, jak każde inne studia, może być dla ciebie łatwa lub trudna. Zależy to od wielu czynników. Jeśli jakiś temat cię kręci, to trudny nie będzie, czyż nie? Jeśli zależy ci na zdobywaniu piątek z każdego przedmiotu, może być trochę trudniej. Jeśli chcesz przeczytać absolutnie wszystko z listy lektur - w pewnym momencie możesz uznać, że warto przeprowadzić się do biblioteki lub że przydałoby ci się dodatkowe życie. Jeśli chcesz być rzetelną studentką/studentem, to po niektóre teksty trzeba się będzie wybrać do czytelni - nie wszystko jest na Chomiku...

Jak było u mnie? O, były takie tygodnie, kiedy dzień w dzień siedziałam w czytelni. Jakoś do dziś nauka czy pisanie nie idzie mi tak dobrze w domu... Przeczytałam tysiące stron. Zwykle mój wysiłek przekładał się na oceny, a te na stypendia, choć miałam dwa takie przypadki, kiedy i stawanie na rzęsach by mi nie pomogło... Ważne info: nie prowadziłam zbyt intensywnego życia towarzyskiego na studiach. Miałam grupę znajomych, z którymi się czasem spotykaliśmy, poszliśmy na imprezę, pojechaliśmy w góry... Ale generalnie nie brakowało mi takich rozrywek. Moje intensywne życie towarzyskie zaczęło się tuż po studiach. Jakoś tak wyszło :).

Jakieś pytania?


Jeśli macie jeszcze jakieś pytania związane ze studiowaniem polonistyki - proszę pytać! Ja oczywiście zapraszam i zachęcam. Filologia polska na Uniwersytecie Śląskim czeka :). Ja prowadzę zajęcia m.in. z dydaktyki literatury, literatury dla dzieci i młodzieży, nowoczesnych form wspierania rozwoju ucznia. Na zajęcia przychodzą do mnie dopiero studenci II roku.


czwartek, 5 maja 2016

Ulubione wiersze (do recytacji)


Z okazji Światowego Dnia Poezji (21 marca) zapytałam na swoim fanpejdżu na Fb o Wasze ulubione wiersze. Niektórzy z Was odpowiedzieli i tym sposobem odświeżyłam kilka starych oraz poznałam nowe utwory. Dziękuję!

Nie wiem jak Wy, ale ja jestem z tych niektórych, co to lubią poezję... Moja przygoda z mową wiązaną zaczęła się już we wczesnym dzieciństwie, z którego najlepiej pamiętam nie Kaczkę Dziwaczkę czy Słonia Trąbalskiego, ale wierszowaną opowieść o tym, jak to wśród prawdziwych przyjaciół psy zająca zjadły. Jeśli literatura ma wpływ na nasze życie, to możemy tutaj przyjąć, że dzięki tej bajce nauczyłam się, iż ostatecznie, w niektórych sytuacjach, lepiej polegać tylko na sobie :). Smutna nauka, ale nauka!

Ponieważ ani na poezję, ani na dobre treści nigdy nie jest za późno, postanowiłam zebrać Wasze ulubione wiersze w jednym miejscu, mimo że dzień poezji już dawno za nami. Niech idą w świat i radują czucie i wiarę, a nawet szkiełko i oko innych czytelników! 

A tutaj fragment jednego z moich ulubionych wierszy. Autorka: Halina Poświatowska.


O co jednak chodzi z tytułem wpisu? Skąd ten nawias? Otóż, czasem zaglądam w statystyki bloga i zawsze niezmiernie dziwi mnie fakt, że jednym z najpopularniejszych postów jest ten o tytule Wiersze do recytacji. To krótki wpis z linkiem do pliku pdf z utworami, które wybrałam dla moich uczniów. Na języku polskim mamy taką zasadę, że uczniowie raz w semestrze zdają obowiązkową recytację (ja to czasem zamieniam na inscenizację). Moi pierwsi uczniowie gimnazjum denerwowali mnie swoimi wyborami poetyckimi - ile razy można słuchać recytacji wierszy znanych jeszcze z klas IV-VI lub - co gorsza! - I-III? Gdybyż to jeszcze były świadome wybory artystyczne, a nie pójście na łatwiznę... Przygotowałam więc dla nich wybór, który - jak to wynika ze wspomnianych statystyk - przyciąga też innych poszukujących inspiracji uczniów (a może też nauczycieli?).

Tutaj Wasze propozycje, które pojawiły się na Facebooku (kliknięcie na tytuł otwiera stronę z wierszem):


A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj...


Też bardzo lubię ten wiersz. W ogóle lubię twórczość Gałczyńskiego. Zostałam wychowana w cieniu prańskiej leśniczówki, poezja Konstantego towarzyszyła mi przez wszystkie lata edukacji. Wiele jego wierszy poznałam sama, próbując coś wybrać... do recytacji. Na konkurs :).




Nie płacz w liście
nie pisz że los ciebie kopnął
nic ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno...


Cieszę się, że pojawił się Twardowski, bo Twardowski to nie tylko Spieszmy się..., które jest tak często cytowane, że już pozbawione treści...



  • R. Krynicki, Ta chwila (nie znalazłam tekstu w sieci...)

Ta chwila już nie istnieje:

chociaż nie jest żądzą, mocarstwem, tchórzliwą 

tyranią 

Wiersz podrzuciła mi Samantha z edukacjazpasja.pl. Czy to cały utwór?



Kamyk jest stworzeniem doskonałym...

Też bardzo lubię ten wiersz!



Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem...


Lubię to! :)



jestem do znikania
chcę niczym świadczyć
niczego wziąć niczego mieć
nikogo zatrzymać...


Nie znałam tego wiersza. Podoba mi się!


  • C. K. Norwid, Jak

Jak z nią rozmowa, gdy nic nie znacząca, 
Bywa podobną do jaskółek lotu, 
Który ma cel swój, acz o wszystko trąca


Nie znacie? Przeczytajcie całość!

#Recytowałabym


Na koniec zostawiłam sobie i Wam wiersz, który najbardziej do mnie trafił. To Uwodzenie Marcina Świetlickiego. Jego słowa wracają raz po raz, obijają się w głowie. Trafił Świetlicki. W punkt. Centralny.

sto razy prościej byłoby na pewno, 
gdybym się mylił. ale się nie mylę: 
jesteś najlepszym miejscem tego miasta, 
centralnym punktem. 

kiedy wracam do miasta - to do ciebie wracam.

Jeśli macie ochotę podzielić się jakimiś swoimi poetyckimi miłościami - zapraszam serdecznie! 

piątek, 29 kwietnia 2016

#Wędrowanie: Columbia SC - kulinarnie


Kwiecień-plecień dużo pracy... I ani chwili wolnego czasu (o którym pisałam już dwa razy) na pochylenie się nad szkicami rozpoczętych postów. W związku z tym i ze zbliżającą się majówką, znów zapraszam do lektury moich wspomnieć z USA :). Wcześniejsze opublikowałam w postach Z #Wędrowanie: Jak było w USA? Część 1. i #Wędrowanie: Jak było w USA? Część 2. Tym postem zapraszam Was do... stołu ;) (data pierwszej publikacji: 2.08.2014).

---

Nie jestem żadnego rodzaju specjalistką od jedzenia. Ja je po prostu lubię :).

Nie mam też w zwyczaju fotografować wszystkiego, co mam na talerzu. Ale kiedy coś jest szczególnie ładne lub w jakiś sposób zadziwiające, to nie waham się ani chwili :).

W USA zadziwiło mnie kilka potraw, które przede mną postawiono... 

Pierwsza kwestia to ich wielkość. Jak piszą, że napój jest duży, to rzeczywiście jest DUŻY. Litrowy smoothie zakupiony na lotnisku był pierwszym dowodem na to, że facet z Super Size Me nie kłamał. W knajpce w Columbii nie było różnych rozmiarów napojów; mój, tak na oko, był półlitrowy. A może nawet ciut większy... Oba smoothies były bardzo słodkie. 

Pozostając chwilę przy kwestii wielkości dań... Między, zdaje się, 15 a 16:00, lokale gastronomiczne serwujące lunche i obiady ;) były zamknięte... A kiedy już w jednym z nich (jedzenie azjatyckie) zasiadłam, okazało się, że nie mogę zamówić małej porcji, bo to porcja lunchowa, a lunch już się skończył. Teraz, droga pani, mamy dinner i wydajemy większe porcje. Ojej, pomyślałam, i z lękiem zamówiłam talerz krewetek w sosie sezamowym. Moje obawy potwierdziły się - przede mną stał chyba kilogram krewetek! Na szczęście mogłam wziąć to, czego nie zjadałam, ze sobą. Bez dodatkowych opłat za pudełko.

Smoothie lotniskowy
Smoothie z Columbii


wtorek, 19 kwietnia 2016

#ŻywotNauczyciela: Mamy czas wolny!

Nauczyciele to korzystający z życia ludzie (z naciskiem na ludzie)

Jakiś czas temu, pod wpływem (wolnej) chwili (Chwilo, trwaj! chciałoby się krzyknąć) opublikowałam wpis, w którym pytałam o to, co Wy - nauczyciele - robicie w wolnym czasie (#ŻywotNauczyciela: Czas wolny). Okazało się, że mam świetnych, realizujących się także poza pracą, czytelników. Wasze sposoby spędzania czasu wolnego przedstawia mapka mentalna.

Jesteście podróżnikami, artystami, czytelnikami, oglądaczami, sportowcami, społecznikami, działaczami. Jesteście ludźmi, którzy wiedzą, że trzeba odpoczywać i robią to. Gratuluję i bardzo się cieszę!


Jesteście też ludźmi, których pasje często kręcą się wokół naszego nauczycielskiego fachu - czytanie, oglądanie filmów, wyszukiwanie ciekawych miejsc na szkolne wycieczki... Pisaliście, że zawód jest waszą pasją. To świetnie! Nie zapominajcie jednak o tym, że od czasu do czasu trzeba się od niego oderwać, pobyć myślami gdzie indziej. Ja to nazywam mentalnym BHP. 

środa, 6 kwietnia 2016

#Wędrowanie: Jak było w USA? Część 2.

Z uwagi na to, że ten tydzień i poprzedni były baaardzo intensywne, nie skończyłam ani jednego z rozpoczętych wpisów (jednego o czasie wolnym nauczyciela po raz drugi, drugiego - ponownie o Papierowych miastach), zapraszam więc na kolejny wpis z cyklu #Wędrowanie. To druga część relacji z podróży do USA (data oryginalnej publikacji na starym blogu: 1.08.2014). Na pierwszą zapraszam tutaj: #Wędrowanie: Jak było w USA? Część 1.


Przed wylotem do Stanów miałam tyle roboty, że nie bardzo nawet wiedziałam, jakie atrakcje (oprócz konferencji i przyległych do niej wydarzeń, takich jak wieczór w kinie, prezentacja programu popularyzacji czytelnictwa, przyjęcie, bankiet i spotkanie z ilustratorką i pisarką Anitą Lobel) może mi zaoferować Columbia. 

Po przylocie okazało się, że pierwszymi atrakcjami są upał i wilgotność, a następnymi - brak w centrum miasta sklepu spożywczego i księgarni. Serio. Ok, księgarnię jakoś przebolałam, kupiłam kilka książek na lotnisku. Ale żeby ani pół spożywczaka nie było? W Polsce niemal potykamy się o Żabki, tam nie znalazłam ich odpowiednika. Przed śmiercią z pragnienia uratował mnie sklepik w recepcji hotelu (2 dolary za pół litra mineralnej) oraz poustawiane tu i ówdzie fontanny z pitną wodą. Uważam, że to świetny wynalazek, ciekawe, czy u nas by się przyjął. 

Po około dobie pobytu miałam wrażenie, że trafiłam do najmniej interesującego miasta w USA.

czwartek, 31 marca 2016

Co ma Margo Roth Spiegelman do Haliny Poświatowskiej? Czytamy poezję

Ben o poezji. J. Green, Papierowe miasta. Przeł. Renata Biniek. Wyd. Bukowy Las.
Wszystkie cytaty w tym wpisie pochodzą z tego wydania. 

Z Johnem Greenem było u mnie tak... Słyszałam coś o nim, wiedziałam, że do kin wchodzi ekranizacja jakiejś jego książki, wiedziałam też, że z racji obowiązków zawodowych powinnam być w miarę na bieżąco z bestsellerami dla młodzieży. Powieść Gwiazd naszych wina kupiłam chyba na lotnisku we Frankfurcie. Jednak tylko dlatego, że oferta powieści w języku angielskim nie była zbyt duża. Westchnęłam z poczucia obowiązku i z żalu, że nie ma powieści Son Lois Lowry, i kupiłam...

I wiecie co? Przepadłam! Wzruszałam się, śmiałam i smutniałam, czytając tę powieść, a także zachwycałam językiem Greena - jego dowcipem, tym, że nie infantylizuje bohaterów, że jest pozbawiony patosu, że po prostu płynie... Jego styl był tym, co sprawiło, że sięgnęłam po następną powieść.

wtorek, 29 marca 2016

SHARE WEEK 2016: edublogi, które czytam, chwytam, polecam


Choć blog piszę od 2008 roku, nigdy jakoś specjalnie nie czułam się częścią blogosfery... Zaczęło się to zmieniać w ubiegłym roku, kiedy odkryłam, że nie jestem sama na tym edupolu, które z mozołem uprawiam, że istnieją inni blogujący nauczyciele, a podglądanie ich pracy i inspirowanie się tym, co robią, stało się dla mnie czymś w rodzaju nałogu...

Dlatego też w tym roku postanowiłam wziąć udział w akcji SHARE WEEK, zainicjowanej przez Andrzeja Tucholskiego w 2012 roku. Jaka jest idea tego przedsięwzięcia? Otóż blogerzy powinni polecić innych blogerów, z jakiegoś powodu dla nich ważnych. Opublikować na swoim blogu wpis z poleceniami oraz wrzucić w formularz na blogu wspomnianego Andrzeja swoje propozycje. Dalej rozpisywać się nie będę, szczegóły akcji - w tym wpisie.  

Tak, czytuję blogi, i to różne - kulinarne, podróżnicze, ciuchowe, życiowe... Dziś jednak chciałabym podzielić się blogami edukacyjnymi. Mają one swoje stałe grono czytelników, nie są jednak w czołówce popularnych blogów. Nie twierdzę, że powinny - edukacja, choć dotyczy/dotyczyła wszystkich nie jest chyba tym, o czym ludzie chcą w wolnej chwili czytać... Ale powinno się o tej odnodze blogosfery mówić. Uważam, że to wspaniałe, że są nauczyciele, którzy dzielą się swoimi świetnymi pomysłami z innymi. Dziękuję im za to!

Blogi, które najbardziej mnie inspirują, to:

czwartek, 24 marca 2016

#Wędrowanie: Jak było w USA? Część 1.

Dziś, z uwagi na to, że rozpoczęliśmy ferie świąteczne, zrezygnowałam z publikacji wpisu o Halinie Poświatowskiej i Johnie Greenie. Tych kilka wolnych dni to dobra okazja, by rzucić pierwszą część relacji z mojej podróży do USA w 2014. Ten wpis, podobnie jak rzymski, został zaimportowany z mojego starego i dawno nieodświeżanego bloga (data pierwszej publikacji: 31.07.2014).

Na blogu możecie poczytać jeszcze o mojej podróży do Kopenhagi. Piszę o tej nienauczycielskiej, nieszkolnej stronie mojego życia, bo belfer też ma przecież czas wolny i ludzką twarz :). Choć akurat podróż do USA była służbowa...

Gdzie? Columbia, South Carolina, USA
Kiedy? Czerwiec 2014
Cel: konferencja naukowa


Jakiś czas temu w poście Jak było w Rzymie? pisałam o tym, jak niefortunne jest pytanie o to, jak było gdzieś, gdzie byliśmy. Że nie da się opowiedzieć komuś, kto z nami nie był, jak rzeczywiście było w miejscu, które odwiedziliśmy.  

Po powrocie z wycieczki rowerowej po Podlasiu nikt raczej nie pyta z wypiekami na twarzy, jak tam było (a szkoda!), za to wyprawa do USA robi już nieco większe wrażenie, a słuchacze oczekują... No właśnie nie wiem, czego oczekują... :). 

niedziela, 20 marca 2016

#ŻywotNauczyciela: Czas wolny

Tak, muszę się przyznać do dwóch rzeczy:
1) bardzo lubię hasztagi (czyli, po ludzku: słowa kluczowe rozpoczynające się od #),
2) pisanie nowego posta jest chyba ostatnią rzeczą, którą się teraz powinnam zajmować (serio-serio).




Czasem lubię sobie po prostu postać i pogapić się na wodę. Jak na tym zdjęciu.

Jest niedziela, właśnie kończy się jeden tydzień, zaczyna kolejny. I choć słońce jeszcze nie zaszło, ja już myślę sobie: to będzie dłuuugi tydzień. Och, jaki długi. Tyle roboty. Wszystkie popołudnia zajęte. Kolejny długi tydzień. A przecież kończy się (dla uczniów i dla nas) w środę po południu!

Nie, nie jest moim zamiarem narzekanie, utyskiwanie, smęcenie i pisanie o czasie, który poświęcam pracy, ile go poświęcam i czy to więcej niż 40 godzin w tygodniu (w moim przypadku i tak musiałoby być nieco więcej, bo pracuję na cały i 13/20 etatu). To, że dorośli (nie tylko nauczyciele) są zapracowani - wiadomo! To, że uczniowie są zapracowani - też wiadomo! (Naprawdę, zapytajcie uczniów. Kiedy byłam w ich wieku, miałam więcej czasu...).

Czego zatem nie wiadomo? Otóż i nauczyciel, i uczeń mają jeszcze (czasem) coś takiego, co się nazywa czas wolny. Nie mówicie, że nie macie. Macie, macie :).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...