poniedziałek, 31 sierpnia 2015

A w wakacje... poczytałam trochę

Co roku na początku wakacji obiecuję sobie, że będę czytać, czytać, czytać i... czytać. Że dużo książek przeczytam, zwłaszcza tych należących do rodzaju tzw. guilty pleasures (ktoś zna jakiś sensowny polski odpowiednik tego związku?).

Na początku wakacji składam sobie taką obietnicę, a chwilę po tym mówię sobie szczerze, że to przecież nie wyjdzie i dobrze o tym wiem!

Dlaczego?

Od kilku lat staram się spędzać wakacje aktywnie. Tak aktywnie, by chciało mi się spać o 22:00, a wstać o 6:00 rano. Lub o 9:00, w zależności od rodzaju wysiłku. W tym roku przeszłam w sumie chyba prawie 400 km, przejechałam rowerem 240, włóczyłam się po wielkich miastach, po miasteczkach i po wioskach, po polach i lasach. W Polsce i za granicą. Spałam w schroniskach, na kwaterach, na podłodze, w śpiworze, na skrzypiących łóżkach, w namiocie... 

Czy wysiłek fizyczny nie sprzyja czytaniu? Nie, jeśli już o 22:00 chce ci się spać :). Ale muszę przyznać, że po pierwszej części moich wakacji byłam po prostu wygłodzona książkowo - wprost nie mogłam się doczekać, kiedy w końcu coś przeczytam! Po powrocie do kraju oprócz nowej sukienki zakupiłam więc też powieść...

W wakacje udało mi się przeczytać cztery (4) z sześciu (6) rozpoczętych książek. Nie jest to imponujący wynik, wiem. Za to każda z książek była jedyna w swoim rodzaju. 

Numer 1: John Steinbeck, Myszy i ludzie


Powieść, której długo nie chciałam przeczytać, ponieważ widziałam genialny film na jej podstawie. Zakończenie tak mnie przybiło, że nie chciałam przypominać sobie tego przykrego uczucia. Okazało się, że niepotrzebnie. Książka podziałała na mnie trochę inaczej. Polecam raczej dojrzałym czytelnikom. 

Numer 2: Jassie Burton, Miniaturzystka


Miniaturzystkę kupiłam na lotnisku we Frankfurcie w połowie czerwca tylko dlatego, że w lotniskowej księgarni nie było książek, które naprawdę chciałam przeczytać... Okazało się jednak, że to powieść dla mnie. Jassie Burton klimatem wchodzi nieco na terytorium Tracy Chevalier, a muszę przyznać, że to jedna z moich ulubionych pisarek. Jest historia, są kobiety, są normy obyczajowe i - w końcu - są miniaturki. Mebelki, figurki, sprzęty do domku dla lalek. I jest tajemnica. Niejedna. Polecam gorąco.

Numer 3. John Green, Papierowe miasta


Miałam iść na film, ale chyba nie chcę sobie popsuć książki, która była tak dobra, że żałuję, iż nie kupiłam w tym Frankfurcie oryginalnej wersji językowej (a było mnóstwo kopii!). O nastolatkach i miłości w niebanalny, dojrzały, zabawny, lekki a zarazem filozoficzny i mądry sposób. I zakończenie, które można zrozumieć chyba tylko nie będąc już nastolatkiem. Polecam młodzieży i tej trochę starszej młodzieży ;).

Numer 4. Zygmunt Miłoszewski, Gniew



Nigdy nie przepadałam za kryminałami... Do czasu, gdy poznałam dowcip Zygmunta Miłoszewskiego! Intryga intrygą, schemat powieści kryminalnej jest dość betonowy, ale ten bohater! Ten język bohatera! Ten język narratora! Nie raz, nie dwa, czytając coś, płakałam ze śmiechu. Zwłaszcza, kiedy Miłoszewski żartował sobie z literatury lub jakoś do niej nawiązywał. Mój ulubiony fragment to ten z Szymborską z Ziarna prawdy.  Gniew to ostatnia powieść o prokuratorze Teodorze Szackim. Warto zapoznać się z poprzednimi. Ze względu na sceny przemocy (zwłaszcza przemocy domowej) polecam starszym czytelnikom.

A jak tam Wasze wakacje? Było książkowo?

niedziela, 5 lipca 2015

Dzieci idą na wojnę. Seria "Wojny dorosłych - historie dzieci"

Na 42 Doroczną Konferencję Children's Literature Association, która w tym roku odbywała się w Richmond w stanie Wirginia, postanowiłam przygotować referat o współczesnych polskich książkach dla dzieci o II wojnie światowej. A konkretnie - o tych książkach, których bohaterkami się dziewczynki. Po lekturze wszystkich książek z serii, zdecydowałam się na te trzy (dlaczego na te - wyjaśnienie jest w prezentacji, do której link jest na samym końcu wpisu...):

Jeśli śledzicie mojego Instagrama, możecie już znać to zdjęcie :).
Jeśli nie, zapraszam: @lekcje_polskiego



Ok, ale, ale, zaraz, zaraz, jeszcze raz... II wojna światowa + książka dla dzieci? Czy nam się coś nie przywidziało?

Ano, nie. Tak się jakoś składa, że obecnie książek historycznych dla dzieci mamy więcej niż dla młodzieży (tak wynika z mojego osobistego przeglądu rynku; jeśli się mylę, proszę o komentarz). Kilka lat temu wydawnictwo Literatura zaczęło wydawać - początkowo we  współpracy z Muzeum Powstania Warszawskiego - serię "Wojny dorosłych - historie dzieci". W serii znajdziemy pięknie  ilustrowane  i dobrze napisane opowieści o dziewczynkach i chłopcach, o dzieciach, które były świadkami II wojny. Tak, tak - w większości są to krótkie powieści, których bohaterami są realne osoby.  Niżej dowody:



Wyklejka Wojny na pięknym brzegu A. M. Grabowskiego,
który w powieści opowiedział historię swojej babci.
Ostatnia strona Czy wojna jest dla dziewczyn P. Beręsewicza. Bohaterką powieści jest Elżbieta Łaniewska.



Akcja książek rozgrywa się w Warszawie i okolicach, w Łodzi, na Syberii. W serii znajdziemy też książeczki o dzieciach żydowskich, wyprowadzonych z getta i ukrywanych poza jego murami. Wszystko to napisane tak, żeby trafić do młodego czytelnika (7-10 lat), poruszyć go, ale nie przestraszyć... Mam na to empiryczne dowody!

Asiunia J. Papuzińskiej, s. 31.
Kiedy już pisałam referat na konferencję, spadło na mnie nieoczekiwane zastępstwo w klasie III SP. W plecaku akurat miałam Asiunię Joanny Papuzińskiej oraz Czy wojna jest dla dziewczyn Pawała Beręsewicza. Kiedyś już byłam u tej klasy i czytałam im na głos książkę. Wiedziałam, że potrafią słuchać. Postanowiłam powtórzyć starą sztuczkę :). Dzieci usiadły na kolorowych pufach (ja też, co tu kryć), po chwili namysłu wyciągnęłam Asiunię i zaczęłam czytać.


Dzieci wysłuchały całości! Zarówno tekst, jak i ilustracje wzbudzały w nich sporą ciekawość. Po lekturze zadały kilka pytań, niektóre nawet chciały wypożyczyć tę książkę (no, niestety nie, dzieci, pani pisze referat, hihi, poza tym to moja prywatna książeczka). Okazało się, że jedna z dziewczynek zapamiętała tytuł i to, że książek w serii jest więcej i powiedziała o nich w domu. Mama uczennicy kupiła kilka książek z serii (niestety nie wiem jakie i ile) i przyznała, że sama wzruszyła się podczas czytania. No, to jest sukces książki! (I moja osobista satysfakcja, że podałam dalej coś wartościowego.) Na kolejnym zastępstwie uczennica pochwaliła się, że przeczytała Mój tato szczęściarz (też Papuzińskiej).

Asiunia J. Papuzińskiej, s. 39.
Kolejnym żywym dowodem na to, że książki z serii Wojny dorosłych - historie dzieci, rzeczywiście są pisane z myślą o bardzo młodym czytelniku, jest siedmioletni syn koleżanki z pracy, której tak gorąco polecałam książki, że na niektóre z nich zaczęła polować w księgarniach :). Z tego, co wiem, synowi treść się podobała (koleżanko, pozdrawiam! :) ).


Na zachętę zamieszczam dwa fotograficzne (przepraszam za jakość) cytaty z Asiuni oraz jeden z innej książeczki - z Zaklęcia na "w" Michała Rusinka.

To wina wojny. Dopiero wtedy zrozumiałem, czym ona tak naprawdę jest. To nie jest zaklęcie, które wysysa ze świata kolory. Wojna to zaklęcie, które powoduje, że przestajemy widzieć kolory. Widzimy tylko ludzi białych i czarnych, przyjaciół i wrogów, dobrych i złych. Nie interesuje nas, jacy są naprawdę. Nie chcemy z nimi rozmawiać. Nie widzimy, jak bardzo są do nas podobni. I przez to przegrywamy. Wojna jest przez to zawsze przegrana, dla obu stron.

Odnoszącym się sceptycznie do połączenia wojna+dzieci, polecam zapis dyskusji Jak rozmawiać z dziećmi o wojnie?, przeprowadzonej 16.11.2010 m.in. z Pawłem Beręsewiczem (autorem książki Czy wojna jest dla dziewczyn?): link do dokumentu pdf.

Tutaj obiecana we wstępie prezentacja, która towarzyszyła mojemu referatowi. Mało słów, dużo obrazków. Dodam, że słuchacze na moim panelu (w 99% Amerykanie) byli bardzo zainteresowani treścią i formą książek. Szkoda, że nie są przełożone na angielski...

Bibliografia
W poście wykorzystałam fragmenty następujących książek
1. P. Beręsewicz, Czy wojna jest dla dziewczyn?, Warszawa-Łódź 2011.
2. A. M. Grabowski, Wojna na Pięknym Brzegu, Łódź 2014.
3. J. Papuzińska, Asiunia, Warszawa-Łódź 2012.
4. M. Rusinek, Zaklęcie na "w", Warszawa-Łódź 2011.

sobota, 4 lipca 2015

Siesicka i ja

Jedno z moich jezior osobliwości - w maju



Krystyna Siesicka i ja... To nie był łatwy związek. Powiedziałabym nawet raczej, że był niełatwy i przelotny. Jej książki wydawały mi się - miłośniczce wszystkiego, co napisała Lucy Maud Montgomery - zbyt prawdziwe. Nagle życie nastolatka okazywało się trudne, konieczność dokonywania wyborów - bolesna, problemy - dorosłe. I jeszcze narracja była czasem jakaś taka... mało przejrzysta. Jednym zdaniem - powieści Siesickiej (te, które znam) polecam nastolatkom, które lubią czytać o trudnym życiu innych nastolatek.


Dlatego nie było mi łatwo stać się wierną, pochłaniającą wszystko, co wyszło spod ręki autorki, czytelniczką Krystyny Siesickiej. Mimo tego przeczytałam kilka jej powieści. Z tego, co pamiętam - cztery. Były to: Zapałka na zakręcie, Jezioro osobliwości (piękny tytuł swoją drogą!), Beethoven i dżinsy (książka, którą sama sobie kupiłam!) oraz Dziewczyna Mistrza Gry.

Co ciekawe, nie pamiętam za dobrze treści tych książek. W głowie pozostały mi jednak słowa i obrazy i myślę, że tym autorka u mnie wygrała. Kilka cytatów-obrazów z jej powieści tłucze mi się po głowie w różnych momentach życia. Zakładanie szpilek mimo mrozu, by wyglądać elegancko i, mimo takiego poświęcenia, niezyskanie aprobaty matki chłopaka... Przejście od smażenia kaszanki do wspomnień wojennych... Tajemniczy świat gier RPG (szybko dowiedziałam się i przekonałam na własnej skórze, że nie taki znów tajemniczy, jakim go Siesicka widziała)... Pierwsza gwałtowna miłość, pamiętnik dziewczyny czy chłopaka, który czytał ktoś z dorosłych. A w tym pamiętniku strony spięte spinaczem i prośba, by tego nie czytać. I ja, która od czasu do czasu zastanawiam się, co tam zostało napisane. Jakie pole dla wyobraźni - kilkanaście kartek spiętych spinaczem! I jeszcze, od czasu do czasu, powraca ten fragment Dziewczyny mistrza gry:

W końcu wyszli jednocześnie, Kamil jechał do klubu, w piątki zawsze mieli zajęcia na siłowni, ale dopiero pod sam wieczór. Spojrzał w głąb ulicy, nie nadjeżdżał żaden autobus.
—  A ty dokąd pójdziesz, dziadku?
—  A ja sobie pójdę do kościoła.
Kamil zdziwił się, ale zapytał dopiero po chwili:
—  Zawsze mówisz, że nie jesteś wierzący.
—  Zawsze mówię, że właściwie nie jestem wierzący.
—  Modlisz się, dziadku?
—  Nie. Nie lubię o nic prosić, a dziękowania Bogu nie uważam za modlitwę.
—  Więc co właściwie robisz w kościele?
—  Słucham nucenia aniołów — powiedział ironicznie.
A może to nie była ironia, może naprawdę słucha nucenia aniołów, siedząc w pustym o tej porze kościele, myślał Kamil jadąc autobusem, kto wie, jakie dźwięki dochodzą ze sfer niebieskich do ludzi, którzy mówią o sobie, że właściwie nie są wierzący.


Ciekawe, prawda?

A wy jakie macie wspomnienia związane z twórczością Krystyny Siesickiej? Byłoby mi miło, gdybyście odpowiedzieli na to pytanie :) (tutaj lub na fp na Fb).

Krystyna Siesicka (ur. 22 listopada 1928 w Dęblinie, zm. 3 lipca 2015 w Warszawie) – prozaik, autorka utworów dla młodzieży. Więcej na: https://pl.wikipedia.org/wiki/Krystyna_Siesicka

niedziela, 28 czerwca 2015

Porozmawiajmy o śmierci. "Chłopcy z Placu Broni" po raz drugi

{Pierwszy wpis z "Chłopcami..." w roli głównej znajdziecie tu: klik!}


Zdjęcie z mojej pierwszej wycieczki do Budapesztu.
Sierpień 2010

- Proszę pani, dla mnie najdziwniejsze było to, że oni [koledzy Nemeczka] w ogóle nie przejęli się jego śmiercią. Zachowywali się tak, jakby nic się nie stało! - powiedział M. na pierwszej lekcji poświęconej lekturze.

Hoho - pomyślałam. - Grubo. Byłam przygotowana na rozmowę o śmierci biednego Erno Nemeczka, ale nie na taką. Chciałam raczej pytać o jej przyczyny, o honor - czy chłopcy dobrze go rozumieli - o to, czy bitwy mają sens, czy Nemeczek umarł na darmo?

A tutaj - cyk. Odwracamy sytuację. I może rzeczywiście w Chłopcach... nie o Nemeczka chodzi, ale o jego kolegów?

Aby rozmawiać o reakcji kolegów Nemeczka na jego śmierć konieczne jest przeczytanie na głos na lekcji dość obszernego fragmentu lektury. Oczywiście przed przeczytaniem fragmentu odpytałam klasę, co pamięta w związku z okolicznościami śmierci bohatera. Uczniowie mówili o "kąpieli" w stawie, o tym, że Nemeczek wymknął się z domu mimo zakazu matki...

Czytanie zaczęliśmy mniej więcej w tym miejscu, w którym do Nemeczka przychodzi z uroczystymi przeprosinami Związek Kitowców. Jest tam wyraźnie napisane, że niektórzy z nich płaczą, a raczej - usiłują nie płakać. Po tym zaś, jak Erno umiera, wycofują się w ciszy.

(Poniżej link do mojej tablicy na Pintereście, gdzie zebrałam kilka okładek "Chłopców...", a nawet... znaczki pocztowe z nimi!)




Najważniejsze dla mnie jednak były dwa fragmenty. Pozwolę sobie je przytoczyć, choć pierwszy jest dość obszerny (cytaty z przekładu T. Olszańskiego). 

1. Boka
Bez celu włóczył się po ulicach. Jakoś podświadomie omijał Plac Broni i pobliskie uliczki. Myśl o tym, że w tym smutnym dniu mógłby znaleźć się na Placu, sprawiała mu po prostu ból.
Ale gdziekolwiek spojrzał, i tak wszystko przypominało Nemeczka.
Ulica Üllöi...
Tędy przecież szli razem w trójkę z Czonakoszem, kiedy po raz pierwszy wybrali się
na przeszpiegi do Ogrodu Botanicznego.
Ulica Köztelek...
Przypomniał sobie, jak pewnego razu, wracając przed południem ze szkoły zatrzymali
się na samym środku tej ulicy i Nemeczek z wielką powagą zrelacjonował, w jaki sposób
Pastorowie zabrali chłopcom kulki w Ogrodzie Muzealnym. A potem Czonakosz podszedł do budynku fabryki tytoniu i zgarnął nieco tabakowego pyłu z Ŝelaznej kraty piwnicznego okienka. Jakże głośno potem kichali!
Okolice Muzeum...
Boka znowu zawrócił. Czuł, że im bardziej stara się ominąć Plac Broni, tym bardziej
go właśnie w tamtą stronę ciągnie. A kiedy wreszcie postanowił, że bez żadnego krążenia wokół, śmiało i prosto, najkrótszą drogą pójdzie niezwłocznie na Plac, wówczas poczuł ogromną ulgę. Przyśpieszył kroku, aby czym prędzej znaleźć się na Placu. I im bliżej był swego królestwa, tym większy spokój ogarniał jego serce. Na ulicy Marii zaczął biec, aby jak najszybciej znaleźć się na miejscu. A kiedy w ciemniejącym coraz bardziej mroku dobiegł do rogu ulicy i zobaczył tak dobrze znany szary parkan, Ŝywiej zabiło mu serce. Musiał się zatrzymać. Teraz nie miał się już po co śpieszyć. Był przecież na miejscu. Wolnym krokiem podszedł do otwartej furtki, obok której stał oparty o płot Jano i palił fajkę. Kiedy zobaczył Bokę, powitał go z uśmiechem.
Zatrzymał się w miejscu, w którym Nemeczek powalił na ziemię Feriego Acza niczym Dawid Goliata. Pochylił się i szukał śladów stóp, śladów małych, kochanych stóp, które tak samo znikną z tego piasku jak ukochany przyjaciel zniknął z tego świata. Ziemia była w tym miejscu stratowana i żadnych śladów nie sposób już było rozpoznać. A przecież Boka natychmiast rozpoznałby ślady Nemeczka, bo były tak małe, że zadziwiły nawet czerwonych, kiedy owego pamiętnego dnia odkryli je w ruinach Ogrodu Botanicznego. Stopy Nemeczka mniejsze były nawet od stóp Wendauera...
Boka po śmierci przyjaciela nie potrafił zapłakać. Zamiast tego udał się do miejsc, które przypominały mu Nemeczka. Dzieci same zauważyły (oczywiście zapytane), że poszedł w miejsca, które przywoływały dobre wspomnienia. Ale wspomnienia przemijają, tak jak zniknęły ślady Nemeczka na piasku. On umarł, a oni muszą żyć dalej, choć nie jest to łatwe.

2. Pogódźmy się
Wiesz co, Barabasz - powiedział jeden z nich - jesteśmy teraz akurat w tym miejscu, w którym Nemeczek ocalił nasz Plac.
Milczeli chwilę. Po czym znów odezwał się ten sam głos:
- Wiesz co, Barabasz, pogódźmy się w tym miejscu raz na zawsze, ale już tak naprawdę. Nie ma sensu, żebyśmy się ciągle ze sobą kłócili.
- Zgoda - powiedział ze wzruszeniem w głosie Barabasz - ja też chcę się z tobą pogodzić. Przecież po to przyszliśmy tutaj.

Znów zapanowała cisza. Chłopcy stali w milczeniu naprzeciw siebie, czekając, kto pierwszy wyciągnie rękę. Wreszcie odezwał się Kolnay:
- No to zgoda!
Barabasz, ciągle wzruszony, odpowiedział:
- No to zgoda!
Podali sobie ręce, a potem bez słowa padli sobie w objęcia.
A więc w końcu i to nastąpiło! Stał się cud. Boka patrzył na tę scenę ze szczytu fortecy, ale nie zdradził swojej obecności. On również chciał być sam, a poza tym czuł, że jest im potrzebny jak dziura w moście.
Po chwili obaj chłopcy ruszyli w stronę ulicy Pawła, cicho ze sobą gawędząc.
- Na jutro jest dużo z łaciny - powiedział Barabasz.
- Tak - odparł Kolnay.
- Ty masz dobrze - westchnął Barabasz - wczoraj odpowiadałeś. Ale ja już dawno nie byłem pytany i teraz na mnie kolej.
 - Słuchaj - powiedział Kolnay - z drugiego rozdziału wykreślone zostały wiersze od  dziesiątego do dwudziestego trzeciego. Czy masz to zaznaczone w książce?
- Nie.
- Nie będziesz się chyba uczył tego, co zostało opuszczone? Przyjdę do ciebie i pokażę ci ten fragment.
- Dobrze.
Myślą już tylko o lekcjach! Jak szybko zapomnieli! Nemeczek umarł, pan profesor Rac żyje, jutrzejsza lekcja łaciny jest realnym faktem, a najważniejsze, że obaj chłopcy są cali, zdrowi i że czekają ich codzienne obowiązki.

Śmierć Nemeczka staje się dla Kolnay'a i Barabasza pretekstem do pogodzenia się. Zapewne zapytani o to, dlaczego akurat teraz się godzą, chłopcy nie potrafiliby odpowiedzieć. Uczniowie V SP wiedzieli - bo śmierć jest czymś ważniejszym niż kłótnia. Bo pokazuje nam, że życie może się niespodziewanie skończyć i nie zdążymy załatwić wszystkich spraw. Tak jak koledzy za późno przyszli pokazać Nemeczkowi księgę, w której jego imię napisali wielkimi literami.

Nie jest więc tak, że koledzy Nemeczka byli obojętni, nieczuli. Dla nich było to pierwsze bezpośrednie zetknięcie ze śmiercią i nie wiedzieli, jak sobie z tym poradzić. Boka wspomina, Kolnay i Barabasz godzą się, inni uciekają, ktoś powstrzymuje łzy. To doświadczenie graniczne, po którym już nic nie będzie takie samo, choć być może chłopcy jeszcze o tym nie wiedzą.

Książkę kończy mądre podsumowanie:
Janosz Boka z wielką powagą wpatrywał się w blat ławki i po raz pierwszy zaczął w głębi swojej młodej duszy pojmować, czym właściwie jest życie, w którym smutki i radości tak dziwnie splatają się w jeden wspólny los.

Jeszcze w czasie omawiania postawy chłopców uczniowie zgłaszali się ze swoimi opowieściami. Komuś umarł pies, ktoś inny stracił dziadka, babcię, czy pradziadków, ktoś wujka... Może dziwnie to zabrzmi, ale dzieci bardzo chętnie opowiadały o tych doświadczeniach. Lekcja potoczyła się w bardzo dobrym kierunku, bo wszystko wyszło samo z siebie, nie musiałam od nikogo wymuszać odpowiedzi, nie musiałam ich po dorosłemu, wielkimi słowami, uświadamiać, czym jest śmierć i jak na nią reagują różni ludzie. Najtrudniejszym zadaniem było oczywiście słuchanie opowieści. Każda przecież była ważna, należało dopuścić go głosu zgłaszających się, skomentować. 

Myślę, że taka lekcja to dobre przygotowanie do tematów, które będziemy poruszać w gimnazjum. I, oczywiście, dobre (a przynajmniej - jakieś) przygotowanie do życia.

piątek, 26 czerwca 2015

Kiedy trzeba poważnie porozmawiać. "Chłopcy z Placu Broni" Ferenca Molnara

Zawsze pisałam tu tylko o lekcjach w gimnazjum, odkąd jednak blog zmienił formułę (w zasadzie powoli, powoli ją zmienia), uznałam, że jest jednak sens w pisaniu o wszystkim, co robię w szkole :).

Może to dziwne, że piszę o lekturze, ostatniej, którą omawialiśmy w tym roku szkolnym, w pierwszy dzień wakacji. Ale, jak wiedzą wszyscy nauczyciele - czas w czerwcu płynie szybko, jeszcze szybciej niż w pozostałe dni roku szkolnego. A dobre pomysły warto uwieczniać niezależnie od tego, jaki dzień właśnie mamy.

Chłopców z Placu Broni nie omawiałam nigdy wcześniej. W tym roku zdecydowałam się na tę lekturę dzięki jednemu z uczniów oraz dzięki moim studentom, z którymi omawiałam tę powieść na zajęciach z literatury dziecięcej i młodzieżowej.

"Warto spróbować" - pomyślałam.

I rzeczywiście było warto.

Od początku wiedziałam, że skoro omawiamy tę lekturę w czerwcu, to odpadają zadania na ocenę, długie prace domowe. Postanowiłam skupić się na przedyskutowaniu różnych treści. Jakich? To podpowiedziały dzieci (spostrzegawcze bestie!).

Problem nr 1 - KONFLIKTY

- Proszę pani, to bez sensu, że oni się bili. Nie mogli się jakoś dogadać i razem zagrać w tę piłkę? - mówi uczeń.
- W palanta - poprawia go drugi.
- W palanta.

Takie pytanie pojawiło się podczas rozmowy wstępnej o przeczytanej lekturze. Generalnie wszyscy uważali, że walka chłopców z Placu z chłopcami z Ogrodu była bezsensowna i przyniosła więcej złego niż dobrego.

Co zrobiłam? 
Najpierw była burza mózgów i odpowiedź na dwa pytania:
  1. Kim jesteśmy?
  2. Jacy jesteśmy?
Oczywiście chytrym mym planem było pokazanie, że więcej nas łączy niż dzieli oraz że mimo występujących różnic uczniowie w V SP potrafią się dogadać.

To zdjęcie znają fani mojego profilu na Facebooku :).
Było jednym z pierwszych w konkursie #jakatolektura.
Potem podzieliłam klasę na dwa zespoły. Jeden zespół zestawił sobie stoły pod ścianą, drugi pod oknem. Zespoły zrobiły podobną burzę mózgów, odpowiadając na pytania:
  1. Kim byli chłopcy z Ogrodu/Placu?
  2. Jacy byli chłopcy z Ogrodu/Placu?
Żałuję, że nie sfotografowałam ich odpowiedzi. Może jeszcze znajdą się gdzieś w pracowni... 

Po kilkunastu minutach przedstawiciele drużyn usiedli w oddzielnych ławkach i porównali swoje odpowiedzi, szukając tego, co łączy chłopców z Placu i Ogrodu (Czerwone Koszule vel. czerwonoskórych).

Pokazanie, że chłopców co nieco łączyło, miało na celu podkreślenie, że jednak byli do siebie podobni, że bazując tych podobieństwach jednak mogli choć próbować się dogadać. Wybrali jednak wojenną ścieżkę...

Tutaj w dyskusji padły ważne pytania - czy łatwo jest unikać konfliktów? Jakie są źródła konfliktów? Czy ważniejsze jest to, co nas dzieli, czy to, co różni?

Jak widać, oprócz sprawdzenia, czy uczniowie zrozumieli i pamiętają treść lektury oraz czy potrafią dokonać charakterystyki (czy też wykonać notatkę do charakterystyki) grupy, zyskałam coś jeszcze - uczniowie wyrażali własne zdanie, uzasadniali je, emocje związane z lekturą tylko pomogły nam w lekcji. 

Nawet jeśli te ważne pytania, dorosłe pytania o konflikty, są teraz dla V SP niezbyt ważne, to mam nadzieję, że powrócą w przyszłości. Że historia chłopców wróci do nich i zmusi do przemyśleń.

Warto już w szkole podstawowej rozmawiać na poważne, trudne tematy przy okazji lektur. To świetne przygotowanie do życia jako takiego. Myślę, że to zdanie nie tylko moje, ale też wielu nauczycieli języka polskiego w klasach IV-VI.

W następnym odcinku problem nr 2 - śmierć.