niedziela, 8 maja 2016

Czy warto studiować polonistykę?

Kilka dni temu via Facebook otrzymałam wiadomość od czytelniczki, Magdaleny. Każda wiadomość od czytelnika to miód na me serce i kompres na oczy - cieszę się, kiedy ktoś napisze, że fajnie, że inspirująco; kiedy o coś zapyta... Tym razem zostałam wręcz zasypana pytaniami! I to na tyle ważkimi, że - jako polonistka szkolna oraz nauczycielka akademicka w jednym - poczułam się zobligowana do publicznej odpowiedzi. A nuż komuś się ona przyda?

Główne pytanie zadane przez Magdę brzmi... 

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Lekcje Polskiego (@lekcje_polskiego)


Czy warto studiować polonistykę? 


Zaznaczam, że będę tutaj opowiadać swoją historię. Wybór studiów jest raczej ważną sprawą i trzeba go dobrze przemyśleć. Ja to przemyślałam dość wcześnie, bo już w VIII klasie podstawówki byłam zdecydowana na kierunek studiów. W IV klasie LO miałam chwilowe wahanie na rzecz kulturoznawstwa (na które i tak poszłam trzy lata później),  myślałam też o MISH-u, ale tu nie chciało mi się zdawać egzaminu :). O przepustkę na polonistykę zadbałam, biorąc udział w olimpiadzie. Ważne info: za moich czasów na studia były jeszcze egzaminy.

Z mojego punktu widzenia warto studiować polonistykę. Chciałam mieć studia, na których będę dużo czytać (oj, spełniło się) i na których dowiem się więcej o języku jako takim (zawsze lubiłam gramatykę). Od drugiego roku angażowałam się w działalność różnych kół naukowych, miałam kontakt z osobami z wyższych roczników, brałam udział w konferencjach studenckich. Spełniałam się na tych studiach. Jasne, nie wszystkie zajęcia były fascynujące (dialektologia...), nie wszystkie łatwe (gramatyka historyczna...), ale spotkałam na tych studiach inspirujących wykładowców, wiedzących, co mówią, wiedzących jak to powiedzieć i po co. 

Dziś sama jestem wykładowcą na uniwersytecie. Wierzcie mi, nadal ciężko mi w to uwierzyć :).

Moja rada: przejrzyj program studiów, zapoznaj się z opisami przedmiotów, poszukaj informacji o wykładowcach (dorobku, zainteresowaniach, osobowości). W dobie internetu nie jest to takie trudne. Kiedy ja zaczynałam studia trzeba było polegać jedynie na poczcie pantoflowej. Podejmij decyzję świadomie i samodzielnie. Czasem nie warto słuchać wujków dobra rada. Jeśli naprawdę chcesz studiować ten kierunek - składaj papiery! 

Ważna informacja: studia polonistyczne dziś to nie te same studia, które ja kończyłam. Nie waloryzuję, Boże broń! Ale ja miałam studia jednolite magisterskie, teraz jest program 3+2. Nieco zmieniła się siatka zajęć... Zajrzyjcie, sprawdźcie.

Czy znajdę pracę w zawodzie?


Dziś polonistyka to nie tylko specjalność nauczycielska, choć ja zawsze polecam właśnie tę. Sama wybrałam ją tak na wszelki wypadek; wcale nie chciałam być nauczycielką. Potem się okazało, że jednak to moja działka, więc decyzja była słuszna. Ale to, że skończyło się tę specjalizację nie powoduje, że znajdzie się pracę w szkole. Z moich znajomych ze studiów wcale tak dużo w szkole nie pracuje i, co więcej, nie szukało tam pracy.

Filologia polska daje nie tylko wiedzę o literaturze, języku czy nauczaniu. Daje też sporo tak zwanych umiejętności miękkich (komunikatywność, umiejętność pracy w zespole, odporność na stres, kreatywność itd.). Zwłaszcza obowiązkowe praktyki w szkole dają dużo tych umiejętności... Jeśli jesteś w stanie sprawić, by IV SP przez 45 minut patrzyła w ciebie jak w obrazek, chłonęła twoje słowa i wykonywała polecenia - no, to jesteś mistrzem! Dasz sobie radę w korpo!

Moja rada: zastanów się, co rzeczywiście chcesz robić po studiach. Próbuj różnych rzeczy. Odrób nie tylko obowiązkowe praktyki. Może jakiś wolontariat w fundacji, stowarzyszeniu, instytucji kultury? Może dorywcza praca zawodowa? Może wyjazd na Erasmusa? Może się okazać, że do szczęścia niepotrzebne ci burko, tablica i klasa. Może sprawdzisz się i spełnisz gdzie indziej, ale przydadzą ci się umiejętności nabyte na studiach?

Moi znajomi ze studiów pracują w różnych miejscach: szkołach, wydawnictwach, firmach edukacyjnych, korporacjach (np. w bankach). Z tego, co wiem, nikt nie narzeka :). Nikt też nie żałuje, że wybrał takie studia.

I jeszcze jedno. Jeśli macie wątpliwości co do tego, do czego się w życiu nadajecie, może warto pomyśleć o zrobieniu sobie specjalnego testu, tzw. Kompasu Kariery? Może podpowiedzieć, w którą stronę warto się skierować.


Czy aby dostać pracę w szkole trzeba mieć znajomości?


O, to ciekawe i drażliwe pytanie. A odpowiedź na nie brzmi: nie mam pojęcia. Z jednej strony dochodzą mnie słuchy, że to prawda, z drugiej - znam sporo przykładów osób, które dostały pracę tak po prostu. Opowiem, jak to było w moim przypadku.

Na III roku studiów pojechaliśmy z panią doktor prowadzącą dydaktykę do Szkoły Społecznej w Bytomiu na obserwacje lekcji. Bardzo mi się tam spodobało, zostałam trochę dłużej, rozmawiałam z nauczycielką, gdy nagle... Zapytała, czy mam już szkołę na wrześniowe praktyki. Odpowiedziałam, że nie. I tak oto wrześniu prowadziłam już w społecznej pierwsze lekcje.

Po praktykach utrzymywałam kontakt z polonistką, Joanną Klimas. Wpadałam czasem do szkoły, przychodziłam na szkolne Gale i tak się podziało, że kiedy kończyłam studia na emeryturę odchodziła druga polonistka (którą też znałam z praktyk). Zaproponowano mi jej godziny. Zanim Dyrektor powiedział mi TAK, odbyłam z nim rozmowę, przeprowadziłam w jego obecności dwie lekcje próbne, zapoznałam się z klasą III, z którą też prowadziłam lekcję (o liście!), poszłam z nimi i ich wychowawczynią na lody... Pod koniec sierpnia byłam już stażystką w ZOSS STO w Bytomiu.

Czy dostałam pracę po znajomości? Nie, ale dostałam ją, ponieważ w szkole już mnie znano i wiedziano, jak pracuję. Jednak, jak widzicie, nikt nie przyjął mnie na gębę ani - tym bardziej - na piękne oczy. 

Smutna prawda jednak jest taka, że nie jest tak łatwo dostać pracę w szkole. Bo niż, bo reformy, bo brakuje godzin. Niemniej da się. Tutaj rad nie mam. Wiem tylko, że wysyłanie CV działa. Jedna moja koleżanka ze studiów dopiero w tym roku dostała pracę w szkole. Do kogoś innego dyrektor zadzwonił po dwóch latach od złożenia CV...

Kto idzie na studia polonistyczne?


Tego pytania Magda mi nie zadała, ale uznałam, że warto o tym napisać. Na polonistykę, jak na każde inne studia, idą różne typy ludzi: prawdziwi pasjonaci i maniacy; ludzie, którzy zawsze lubili czytać; osoby, które chciałyby zostać nauczycielkami/nauczycielami; ci, co lubili polski w szkole lub mieli fajnych polonistów; tacy, którzy stwierdzili, że nie mają za bardzo pomysłu, co studiować; osoby, które same nie wiedzą, dlaczego studiują akurat to, co studiują. W czasie ośmiu lat pracy dydaktycznej na uniwersytecie spotkałam różnych studentów. Niektórych pamiętam do dziś z imienia i nazwiska i dobrze wspominam zajęcia z nimi. Było też kilka przypadków (ale mogę je policzyć na palcach jednej ręki), kiedy naprawdę nie wiedziałam, dlaczego dana osoba studiuje akurat to, a nie co innego.

Moja rada: Jeśli jesteś pasjonatem/pasjonatką i w grupie na studiach nie znajdziesz pokrewnej polonistycznej duszy, spróbuj ją znaleźć w kole naukowym. 


Czy te studia są łatwe?


Polonistyka, jak każde inne studia, może być dla ciebie łatwa lub trudna. Zależy to od wielu czynników. Jeśli jakiś temat cię kręci, to trudny nie będzie, czyż nie? Jeśli zależy ci na zdobywaniu piątek z każdego przedmiotu, może być trochę trudniej. Jeśli chcesz przeczytać absolutnie wszystko z listy lektur - w pewnym momencie możesz uznać, że warto przeprowadzić się do biblioteki lub że przydałoby ci się dodatkowe życie. Jeśli chcesz być rzetelną studentką/studentem, to po niektóre teksty trzeba się będzie wybrać do czytelni - nie wszystko jest na Chomiku...

Jak było u mnie? O, były takie tygodnie, kiedy dzień w dzień siedziałam w czytelni. Jakoś do dziś nauka czy pisanie nie idzie mi tak dobrze w domu... Przeczytałam tysiące stron. Zwykle mój wysiłek przekładał się na oceny, a te na stypendia, choć miałam dwa takie przypadki, kiedy i stawanie na rzęsach by mi nie pomogło... Ważne info: nie prowadziłam zbyt intensywnego życia towarzyskiego na studiach. Miałam grupę znajomych, z którymi się czasem spotykaliśmy, poszliśmy na imprezę, pojechaliśmy w góry... Ale generalnie nie brakowało mi takich rozrywek. Moje intensywne życie towarzyskie zaczęło się tuż po studiach. Jakoś tak wyszło :).

Jakieś pytania?


Jeśli macie jeszcze jakieś pytania związane ze studiowaniem polonistyki - proszę pytać! Ja oczywiście zapraszam i zachęcam. Filologia polska na Uniwersytecie Śląskim czeka :). Ja prowadzę zajęcia m.in. z dydaktyki literatury, literatury dla dzieci i młodzieży, nowoczesnych form wspierania rozwoju ucznia. Na zajęcia przychodzą do mnie dopiero studenci II roku.


czwartek, 5 maja 2016

Ulubione wiersze (do recytacji)


Z okazji Światowego Dnia Poezji (21 marca) zapytałam na swoim fanpejdżu na Fb o Wasze ulubione wiersze. Niektórzy z Was odpowiedzieli i tym sposobem odświeżyłam kilka starych oraz poznałam nowe utwory. Dziękuję!

Nie wiem jak Wy, ale ja jestem z tych niektórych, co to lubią poezję... Moja przygoda z mową wiązaną zaczęła się już we wczesnym dzieciństwie, z którego najlepiej pamiętam nie Kaczkę Dziwaczkę czy Słonia Trąbalskiego, ale wierszowaną opowieść o tym, jak to wśród prawdziwych przyjaciół psy zająca zjadły. Jeśli literatura ma wpływ na nasze życie, to możemy tutaj przyjąć, że dzięki tej bajce nauczyłam się, iż ostatecznie, w niektórych sytuacjach, lepiej polegać tylko na sobie :). Smutna nauka, ale nauka!

Ponieważ ani na poezję, ani na dobre treści nigdy nie jest za późno, postanowiłam zebrać Wasze ulubione wiersze w jednym miejscu, mimo że dzień poezji już dawno za nami. Niech idą w świat i radują czucie i wiarę, a nawet szkiełko i oko innych czytelników! 

A tutaj fragment jednego z moich ulubionych wierszy. Autorka: Halina Poświatowska.


O co jednak chodzi z tytułem wpisu? Skąd ten nawias? Otóż, czasem zaglądam w statystyki bloga i zawsze niezmiernie dziwi mnie fakt, że jednym z najpopularniejszych postów jest ten o tytule Wiersze do recytacji. To krótki wpis z linkiem do pliku pdf z utworami, które wybrałam dla moich uczniów. Na języku polskim mamy taką zasadę, że uczniowie raz w semestrze zdają obowiązkową recytację (ja to czasem zamieniam na inscenizację). Moi pierwsi uczniowie gimnazjum denerwowali mnie swoimi wyborami poetyckimi - ile razy można słuchać recytacji wierszy znanych jeszcze z klas IV-VI lub - co gorsza! - I-III? Gdybyż to jeszcze były świadome wybory artystyczne, a nie pójście na łatwiznę... Przygotowałam więc dla nich wybór, który - jak to wynika ze wspomnianych statystyk - przyciąga też innych poszukujących inspiracji uczniów (a może też nauczycieli?).

Tutaj Wasze propozycje, które pojawiły się na Facebooku (kliknięcie na tytuł otwiera stronę z wierszem):


A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj...


Też bardzo lubię ten wiersz. W ogóle lubię twórczość Gałczyńskiego. Zostałam wychowana w cieniu prańskiej leśniczówki, poezja Konstantego towarzyszyła mi przez wszystkie lata edukacji. Wiele jego wierszy poznałam sama, próbując coś wybrać... do recytacji. Na konkurs :).




Nie płacz w liście
nie pisz że los ciebie kopnął
nic ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno...


Cieszę się, że pojawił się Twardowski, bo Twardowski to nie tylko Spieszmy się..., które jest tak często cytowane, że już pozbawione treści...



  • R. Krynicki, Ta chwila (nie znalazłam tekstu w sieci...)

Ta chwila już nie istnieje:

chociaż nie jest żądzą, mocarstwem, tchórzliwą 

tyranią 

Wiersz podrzuciła mi Samantha z edukacjazpasja.pl. Czy to cały utwór?



Kamyk jest stworzeniem doskonałym...

Też bardzo lubię ten wiersz!



Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem...


Lubię to! :)



jestem do znikania
chcę niczym świadczyć
niczego wziąć niczego mieć
nikogo zatrzymać...


Nie znałam tego wiersza. Podoba mi się!


  • C. K. Norwid, Jak

Jak z nią rozmowa, gdy nic nie znacząca, 
Bywa podobną do jaskółek lotu, 
Który ma cel swój, acz o wszystko trąca


Nie znacie? Przeczytajcie całość!

#Recytowałabym


Na koniec zostawiłam sobie i Wam wiersz, który najbardziej do mnie trafił. To Uwodzenie Marcina Świetlickiego. Jego słowa wracają raz po raz, obijają się w głowie. Trafił Świetlicki. W punkt. Centralny.

sto razy prościej byłoby na pewno, 
gdybym się mylił. ale się nie mylę: 
jesteś najlepszym miejscem tego miasta, 
centralnym punktem. 

kiedy wracam do miasta - to do ciebie wracam.

Jeśli macie ochotę podzielić się jakimiś swoimi poetyckimi miłościami - zapraszam serdecznie! 

piątek, 29 kwietnia 2016

#Wędrowanie: Columbia SC - kulinarnie


Kwiecień-plecień dużo pracy... I ani chwili wolnego czasu (o którym pisałam już dwa razy) na pochylenie się nad szkicami rozpoczętych postów. W związku z tym i ze zbliżającą się majówką, znów zapraszam do lektury moich wspomnieć z USA :). Wcześniejsze opublikowałam w postach Z #Wędrowanie: Jak było w USA? Część 1. i #Wędrowanie: Jak było w USA? Część 2. Tym postem zapraszam Was do... stołu ;) (data pierwszej publikacji: 2.08.2014).

---

Nie jestem żadnego rodzaju specjalistką od jedzenia. Ja je po prostu lubię :).

Nie mam też w zwyczaju fotografować wszystkiego, co mam na talerzu. Ale kiedy coś jest szczególnie ładne lub w jakiś sposób zadziwiające, to nie waham się ani chwili :).

W USA zadziwiło mnie kilka potraw, które przede mną postawiono... 

Pierwsza kwestia to ich wielkość. Jak piszą, że napój jest duży, to rzeczywiście jest DUŻY. Litrowy smoothie zakupiony na lotnisku był pierwszym dowodem na to, że facet z Super Size Me nie kłamał. W knajpce w Columbii nie było różnych rozmiarów napojów; mój, tak na oko, był półlitrowy. A może nawet ciut większy... Oba smoothies były bardzo słodkie. 

Pozostając chwilę przy kwestii wielkości dań... Między, zdaje się, 15 a 16:00, lokale gastronomiczne serwujące lunche i obiady ;) były zamknięte... A kiedy już w jednym z nich (jedzenie azjatyckie) zasiadłam, okazało się, że nie mogę zamówić małej porcji, bo to porcja lunchowa, a lunch już się skończył. Teraz, droga pani, mamy dinner i wydajemy większe porcje. Ojej, pomyślałam, i z lękiem zamówiłam talerz krewetek w sosie sezamowym. Moje obawy potwierdziły się - przede mną stał chyba kilogram krewetek! Na szczęście mogłam wziąć to, czego nie zjadałam, ze sobą. Bez dodatkowych opłat za pudełko.

Smoothie lotniskowy
Smoothie z Columbii


wtorek, 19 kwietnia 2016

#ŻywotNauczyciela: Mamy czas wolny!

Nauczyciele to korzystający z życia ludzie (z naciskiem na ludzie)

Jakiś czas temu, pod wpływem (wolnej) chwili (Chwilo, trwaj! chciałoby się krzyknąć) opublikowałam wpis, w którym pytałam o to, co Wy - nauczyciele - robicie w wolnym czasie (#ŻywotNauczyciela: Czas wolny). Okazało się, że mam świetnych, realizujących się także poza pracą, czytelników. Wasze sposoby spędzania czasu wolnego przedstawia mapka mentalna.

Jesteście podróżnikami, artystami, czytelnikami, oglądaczami, sportowcami, społecznikami, działaczami. Jesteście ludźmi, którzy wiedzą, że trzeba odpoczywać i robią to. Gratuluję i bardzo się cieszę!


Jesteście też ludźmi, których pasje często kręcą się wokół naszego nauczycielskiego fachu - czytanie, oglądanie filmów, wyszukiwanie ciekawych miejsc na szkolne wycieczki... Pisaliście, że zawód jest waszą pasją. To świetnie! Nie zapominajcie jednak o tym, że od czasu do czasu trzeba się od niego oderwać, pobyć myślami gdzie indziej. Ja to nazywam mentalnym BHP. 

środa, 6 kwietnia 2016

#Wędrowanie: Jak było w USA? Część 2.

Z uwagi na to, że ten tydzień i poprzedni były baaardzo intensywne, nie skończyłam ani jednego z rozpoczętych wpisów (jednego o czasie wolnym nauczyciela po raz drugi, drugiego - ponownie o Papierowych miastach), zapraszam więc na kolejny wpis z cyklu #Wędrowanie. To druga część relacji z podróży do USA (data oryginalnej publikacji na starym blogu: 1.08.2014). Na pierwszą zapraszam tutaj: #Wędrowanie: Jak było w USA? Część 1.


Przed wylotem do Stanów miałam tyle roboty, że nie bardzo nawet wiedziałam, jakie atrakcje (oprócz konferencji i przyległych do niej wydarzeń, takich jak wieczór w kinie, prezentacja programu popularyzacji czytelnictwa, przyjęcie, bankiet i spotkanie z ilustratorką i pisarką Anitą Lobel) może mi zaoferować Columbia. 

Po przylocie okazało się, że pierwszymi atrakcjami są upał i wilgotność, a następnymi - brak w centrum miasta sklepu spożywczego i księgarni. Serio. Ok, księgarnię jakoś przebolałam, kupiłam kilka książek na lotnisku. Ale żeby ani pół spożywczaka nie było? W Polsce niemal potykamy się o Żabki, tam nie znalazłam ich odpowiednika. Przed śmiercią z pragnienia uratował mnie sklepik w recepcji hotelu (2 dolary za pół litra mineralnej) oraz poustawiane tu i ówdzie fontanny z pitną wodą. Uważam, że to świetny wynalazek, ciekawe, czy u nas by się przyjął. 

Po około dobie pobytu miałam wrażenie, że trafiłam do najmniej interesującego miasta w USA.